Archiwum

Tag Archives: szczęście

Co roku robię listę postanowień noworocznych. Właściwie na początku już sprostuję – nie nazywam tego postanowieniami, jest to dla mnie lista rzeczy, które chciałabym w danym roku osiągnąć i na których realizacji chcę się skupić. Jest to dla mnie ważny moment w roku. Właściwie nie ma wielkiego znaczenia fakt, że za moment ten obieram rozpoczęcie nowego roku, ale prawdopodobnie poprzez wpojone przez lata przekonanie, że nowy rok jest dobrą okazją na zmiany, postanowiłam iść z prądem.

To nie jest tak, że w ciągu roku pieczołowicie trzymam się listy i realizuję punkt po punkcie. Wręcz przeciwnie – mam świadomość zapisanych punktów, ale trzymam ją raczej w metaforycznym ‚tyle głowy’, nie noszę przy sobie jako wskazówkę czego się trzymać. Po co to robię? Po roku, gdy zasiadam do sporządzania nowej listy, zerkam na zeszłoroczną i weryfikuję – co z moich priorytetów się zrealizowało, które z życzeń zupełnie zaniechałam, a które przeszły metamorfozę i ewoluowały w inne dążenia (tak też się zdarza, tworząc taką listę nie narzucam sobie z góry „tak będzie wyglądał mój rok”, dopuszczam, że wszystko może się zmienić, wywrócić do góry nogami, że moje postanowienia mogą przybrać nową drogę). Starych list nie wyrzucam, lecz kolekcjonuję. Za 10 lat dobrze będzie usiąść i przeczytać, co było dla mnie ważne w danym okresie życia. O takich rzeczach często przecież zapominamy.

Po co to wszystko? Jestem osobą, która wciąż potrzebuje stawiać sobie nowe cele i dążyć do ich realizacji. Brzmi to nieco górnolotnie, ale nie chodzi o wielkie cele, przenoszenie gór, ale też te małe, codzienne. Narzucenie sobie jakiejś dyscypliny w dążeniu do czegoś. Dzięki temu mały postęp w ich realizacji budzi moją radość i dumę z siebie samej i powoduje, że „nie odpuszczam”. Być może niektórym takie życie zupełnie nie odpowiada, wolą święty spokój. Nie krytykuję tego, uważam, że jeśli ktoś jest szczęśliwy w tym co robi (lub w tym co nie-robi) i jak żyje, jest to jak najbardziej ok.

Po studiach przekonałam się, że moje życie bez małych ‚wyzwań’ nie ma sensu. Od kiedy pamiętam, zawsze miałam jakiś punkt, do którego dążyłam. Kiedyś chciałam nauczyć się fotografii, potem zebrać pieniądze na własny aparat. Chodziłam na warsztaty, na aparat zarabiałam korepetycjami z angielskiego. Potem studia i wszystko, by nauczyły mnie zawodu związanego z reklamą, PR. Mniej skupiałam się na teoretycznym aspekcie studiów, bardziej na praktyce, by po studiach znaleźć się w dobrej pozycji zawodowej, z paroletnim stażem pracy na koncie. Wakacje spędzałam na bezpłatnych stażach. Szybko chciałam uniezależnić się finansowo, na pierwsze prawdziwe wakacje w babskim gronie pojechałam za własne pieniądze, zarobione podczas letniej pracy. Za wszelką cenę chciałam uniknąć ‚efektu studenta’, czyli pośpiesznego szukania pracy pod presją, z dyplomem (albo dwoma), ale bez żadnego doświadczenia. Nasłuchałam się o takich przypadkach i sama postanowiłam nie powielać wzorca. Udało się. Wszystko pięknie, cel po celu, skrupulatnie realizowałam swój pieczołowity plan – drogę do samodzielności.

Po skończeniu studiów natknęłam się jednak na inną ścianę – uporałam się z obroną, odebrałam dyplom, miałam dobrą pracę, a ponieważ ostatnie miesiące studiów schodziły mi na mozolnym pisaniu pracy magisterskiej po godzinach pracy, nie było miejsca na realizację pobocznych celów, przyjemnostek, dążeń. Marzyłam o czasie tylko dla siebie. Po studiach nagle okazało się, że cel został osiągnięty i można odpocząć. Odpocząć? O tym myślałam przez ostatnie miesiące, wielokrotnie bliska wyrzucenia komputera przez okno, podczas wypocin nad magisterką. A tu nagle okazało się, że na odpoczynek wystarczył mi tydzień i szybko zaczęło brakować mi kolejnego celu! Obrona pracy magisterskiej odbyła się w listopadzie. Cały grudzień zleciał mi na rozmyślaniu – co dalej. Nie miałam pomysłu na kolejne cele, co było dla mnie równoznaczne z katastrofą. Z końcówką roku jednak w głowie zakiełkowało parę nowych pomysłów.

Nie będę tu zdradzać listy moich celów, ale chciałam skupić się na pewnym postanowieniu, które często na liście kobiecej się pojawia. „Schudnę” „Zacznę uprawiać sport” „Będę zdrowo się odżywiać”- znamy to chyba wszystkie. Podobne cele miały miejsce na mojej liście od kiedy pamiętam. Zazwyczaj punkt ten przechodził jako farsa na następny rok. Za każdym razem z tym samym nastawieniem – nie udało mi się wcześniej, czemu teraz miało by się udać? Tak myślałam, póki nie zdałam sobie sprawy z prawdziwego znaczenia tego postanowienia zakamuflowanego pod tymi słowami. Tak na prawdę nie chodzi tylko o wagę. Nawet nie chodzi tylko o wysmuklenie, samo „uprawianie sportu”, czy zdrowsze żywienie. Nie to jest celem końcowym. To, w jakim stanie jest nasze ciało jest odzwierciedleniem naszej psychiki. Ta z kolei lepiej funkcjonuje, jeśli nasze ciało jest przez nas kochane. A kochane jest wtedy, kiedy dobrze się w nim czujemy. To jak samonapędzająca się maszyna. Świetnie ujęła temat cielesności w ostatnim wpisie Anna na Prosty blog.

O tym, co sprawiło, że w końcu postanowiłam wziąć tyłek w troki i zabrać się za siebie w innym wpisie. Często gdzieś w naszej głowie jest chęć zmiany naszego ciała, które nie do końca nam odpowiada (z przeróżnych względów). Zazwyczaj spychamy te myśli, z wrodzonej skromności, dlatego, „bo są ważniejsze sprawy”, bo skupianie się na ciele „bywa uważane za próżne”… Wymieniać powody, które dają nam usprawiedliwienie na odpuszczenie tematu, mogłabym wymieniać do rana. Apeluję o nieodpuszczanie. „Prawdziwa wartość tkwi wewnątrz człowieka” – ktoś powie. Oczywiście, podpisuję się pod tym. Ale czy nasze ciało, a to co mamy w środku to na prawdę dwie różne sfery, nie mające ze sobą nic wspólnego? Według mnie jest zupełnie przeciwnie. Nasze ciało komunikuje się z naszą psychiką. Wysyła do niej sygnały – czego potrzebujemy, czego się boimy. Cielesne objawy nie są objawami samymi w sobie. Sygnalizują coś, co wypływa ze środka. Jeśli jesteśmy chorzy, czujemy objawy cielesne. Bywa tak, że pozornie nic nam nie dolega, ale nasze ciało jest w kiepskiej kondycji, dając do zrozumienia, że tryb życia jaki prowadzimy nie jest dla nas najlepszy. Ciało jest naszą mapą, drogowskazem, dlatego warto pracować nad umiejętnością wysłuchania go. Dzięki temu słuchamy siebie, lepiej rozumiemy własne potrzeby.

Z doświadczenia wiem, że zmobilizowanie się, oprócz dzikiej satysfakcji, daje zwyczajny fun. Widzę jak zmienia się moje ciało i to jest dla mnie wyznacznikiem energii i pracy poświęconej w realizację danego celu. Sprawia, że czuję się silniejsza psychicznie – nie tylko dlatego, że według mnie wyglądam lepiej, ale również dlatego, że mogę być z siebie dumna – postanowiłam sobie coś, co sukcesywnie realizuję. Dążę do celu, nie osiadam na laurach, nie potrzebuję wymówek, by przerzucić n-ty już raz niezrealizowany punkt z listy postanowień na kolejny rok z nadzieją, że może tym razem się uda. Praca nad ciałem jest również pracą nad psychiką i własnymi słabościami.

Ktoś kiedyś powiedział „Nie rezygnuj z celu, gdy osiągnięcie go wymaga czasu…czas i tak upłynie.” To zdanie stało się niedawno moim mottem, które staram się stosować w każdej sferze życia. Nigdy nie byłam wytrwała, jeśli nie mogłam mieć czegoś już lub w najbliższej przyszłości – szybko się poddawałam. Dalej z tym walczę. Nad tym właśnie chcę pracować. Moje postanowienia tegoroczne w większości wymagają czasu i wytrwałości.

PS. Ten wpis miał być o wiele krótszy ;)

Agnieszka

Reklamy

Ostatnimi czasy praca zawodowo mocno pochłonęła mój czas, a to, co zaczęło mi dawać pewnego rodzaju oderwanie to zajęcia jogi dynamicznej. Moją obecność na nich można policzyć póki co na palcach jednej ręki, ale już czuję zbawienne skutki tego rodzaju wysiłku włożonego w pracę z ciałem. Choć na początku sceptycznie podchodziłam do całej duchowej otoczki tego zagadnienia, teraz coraz bardziej wchłaniam się w to.

Kiedy tak ostatnio zmierzałam na zajęcia krakowską ulicą Karmelicką, mijałam Kościół Nawiedzenia NMP, na którego bocznej ścianie zauważyłam wbudowaną wnękę z czymś na wzór kaplicy z usypanym stosem kamieni, z którego w górę wznoszą się trzy ukrzyżowane postaci, z Jezusem na czele. Widok ten uderzył mnie, choć mijałam to miejsce już wielokrotnie, uświadomiłam sobie, że dopiero teraz spojrzałam na ten obraz jakby z zewnątrz, obiektywnie. Przywykliśmy już do tak drastycznych znaków religii chrześcijańskiej wszędzie wokół nas. Parę kroków dalej – przy wejściu głównym do kościoła rzucił mi się w oczy umieszczony na tablicy ogłoszeń napis „gorzkie żale”. Ta religia na każdym kroku poraża starannym doborem słów i obrazów, które mają na celu jedno – umniejszyć człowieka, jego samoocenę w obliczu „Boga”. Nie wiem dlaczego dla ludzi czymś powszechnie akceptowalnym stało się ściąganie przez religię w dół. Czy sfera ta nie powinna dodawać skrzydeł? Motywować? Mam wrażenie, że religia katolicka karci za wszelakie ukazanie ludzkiej słabości, pokazanie ludzkiej twarzy, radości z dokonania czegoś, co sprawia nam satysfakcję. Powinniśmy wstydzić się za wszelkie objawy człowieczeństwa, a jeśli przy tym coś sprawia nam radość, to uznawane jest to za grzech. Religia ta obarczona jest przymusem poczucia winy.

Mniej więcej takie myśli naszły mnie podczas mijania tego miejsca, a gdy zaszłam w okolicę, gdzie odbywają się zajęcia jogi i już miałam skręcać w uliczkę tam prowadzącą, nagle zaczepiła mnie kobieta z pytaniem czy ta droga dokądś prowadzi. ‚Tak, na zajęcia jogi’ – odparłam. ‚Aaaa bo myślałam, że sobie zrobię skrót i gdzieś tą drogą wyjdę na końcu’. Po krótkiej wymianie zdań odwróciłam się i ruszyłam w swoją stronę, a kobieta zawołała za mną jakby z oburzeniem: „To idzie pani??? Mimo tego, że mówią, że to niewłaściwe?” O zgrozo, padły moje ulubione słowa. Zazwyczaj tego typu wypowiedzi wywołują u mnie wzrost ciśnienia. Tym razem jednak muszę przyznać, że rozbawiło mnie to, choć oczywiście nie bezrefleksyjnie. Odparłam z uśmiechem, że dla mnie jest to jak najbardziej właściwe, i że owszem, idę.

Później zaczęłam o tym myśleć. Gdybym spotkała tę kobietę jeszcze raz, zapytałabym kim są ci „oni” i dlaczego się nimi sugeruje (i dlaczego, do cholery ja miałabym to robić!). Oczywiście mogę się domyślić brzmienia schematycznych odpowiedzi pozbawionych racjonalnych argumentów, tym bardziej pytania te chciałabym zadać, żeby spróbować ukazać bezsensowność takiego sposobu postrzegania świata. I tu wraca temat fałszywej świadomości, o której pisała Kasia w ostatnim wpisie. Ludzie często są zupełnie pogubieni w tym, w co wierzyć, pod czym się podpisać, a pod czym nie, dlatego decyzję o tym pozostawiają komuś innemu. Nie decydują sami o sobie, świadomie, a przywilej ten oddają często ‚tym, którzy mówią, że to niewłaściwe’, którzy wystawią pieczątkę z opinią, co jest dla Ciebie dobre. Komuś, kto samozwańczo mianował się reprezentantem jego religii na przykład. Ludzi traktuje się często jak kretynów, próbuje się im odebrać racjonalny sposób myślenia, wmawiając, że wszystko co mogą poszerzyć swoje horyzonty, czy też spojrzeć na coś szerzej, lepiej i głębiej – powinno być potępione. Czy kolejną cechą polskości jest nieumiejętność autonomicznego myślenia, oddawanie decyzji o tym co jest słuszne, a co nie komuś innemu? Może niepotrzebnie mieszam do tego kwestie polskości, ale coś czuję, że jest to trochę cecha naszego narodu. Obawa przed wystąpieniem przed szereg. Przed odstawaniem od schematu. Przed spojrzeniami.

Jestem zdania, że człowiek sam o siebie zadba najlepiej i sam decyduje o tym, co czyni go szczęśliwym. Czy potrzebujemy być traktowani jak dzieci, prowadzeni za rękę, gdzie ktoś „pretendowany” mówi nam czego nie wolno, czego nie wypada? Jeśli nikogo przy tym nie ranię, nie łamię praw drugiej osoby, dlaczego ktoś ma oceniać moje działania jako niewłaściwe? Dlaczego ktoś w ogóle ma oceniać moje działania?

Agnieszka

Habibi Adventures

Adventurous life of an international family

creativita

żyj kreatywnie | pracuj online & podróżuj | rozwijaj swój biznes online

Sparc media

REKLAMA ONLINE, RTB, PROGRAMMATIC BUYING

aga moleda

sketchbook

kobieta pracująca

czyli życie codzienne kobiety torontońskiej na początku XXIw.

Freshome.com

Interior design ideas, home decorating photos and pictures, home design, and contemporary world architecture new for your inspiration.

Love in the City of Lights

memoirs, musings and travels of a hopeful romantic in Paris