Od dłuższego czasu zastanawia mnie temat ‘etykietek’, za pomocą których ludzie podpinają innych pod pewne kategorie. Jakiś czas temu moja Przyjaciółka wyszła za mąż
i jak zwykle kiedy jestem w Polsce spotkałyśmy się na kolację. W pewnym momencie powiedziała, że przed naszym spotkaniem jej mama niby w żartach rzuciła ‘No ale mężatce nie wypada włóczyć się po knajpach’. Pozwolę sobie dodać że Mama mojej Przyjaciółki jest naprawdę świetną, otwartą babką i jestem pewna, że powiedziała to nie do końca serio. Ale jednak.
Przykład drugi. Podczas którejś z moich wizyt w Polsce opowiadałam komuś z dalszej rodziny, że właśnie jadę się spotkać na wino i pizzę ze znajomą która ma małe dziecko. Zaskoczenie było ogromne – jak to – ma dziecko i wychodzi spotkać się ze mną? Moje wyjaśnienia, że przecież ma męża, który po pierwsze chętnie zaopiekuje się maluchem przez parę godzin, a po drugie cieszy się że jego żona ma swoje życie i znajomych zostały przyjęte ze zdziwieniem.
Zauważyłam, że ludzie często ‘wrzucają’ innych do pewnego worka – kategorii i oczekują, że ta osoba w tym ‘worku’ pozostanie. Powyższe przykłady są dość proste i wzięte z codziennych obserwacji, ale myślę że dość dobrze ilustrują to o czym mówię. Zauważyłam że w Polsce istnieje pewna niepisana presja, by raczej z pewnych kategorii nie wychodzić. Jeśli jest się żoną, nagle można przestać funkcjonować w innych rolach społecznych, na przykład koleżanki. Jeśli kobieta staje się matką, często jest usprawiedliwiona, by przestać funkcjonować nawet w kategorii partnerki swojego męża. Nie mówiąc nawet o roli pracownicy, osoby która ma zainteresowania itp. Z pewnością w grę wchodzi tu stereotyp ‘Matki Polki’ ale myślę, że to nie wszystko. Zaliczenie kogoś to jakiejś kategorii zwalnia nas z obowiązku dalszego myślenia, analizy. Mamy kogoś ‘z głowy’, oto przykleiliśmy jemu lub jej etykietkę i nie musimy się więcej nad tym zastanawiać. Okazuje się jednak że ten typ myślenia leży w naszej naturze. Przypomina mi się pewna dyskusja z zajęć z teorii kultury i antropologii. Nasz mózg automatycznie klasyfikuje różne zjawiska i ‘odkłada’ je do specjalnych ‘przegródek’ – w ten sposób nie musimy się nad konkretną rzeczą dłużej zastanawiać i możemy zająć się czymś innym. Sama się na tym łapię. Sztuka polega na tym by sobie to uświadomić i starać nad tym popracować. Wtedy unikniemy generalizowania które ogranicza nasze myślenie i nie pozwala nam widzieć sytuacji w wielu wymiarach.

Kasia

Reklamy

Ostatnimi czasy praca zawodowo mocno pochłonęła mój czas, a to, co zaczęło mi dawać pewnego rodzaju oderwanie to zajęcia jogi dynamicznej. Moją obecność na nich można policzyć póki co na palcach jednej ręki, ale już czuję zbawienne skutki tego rodzaju wysiłku włożonego w pracę z ciałem. Choć na początku sceptycznie podchodziłam do całej duchowej otoczki tego zagadnienia, teraz coraz bardziej wchłaniam się w to.

Kiedy tak ostatnio zmierzałam na zajęcia krakowską ulicą Karmelicką, mijałam Kościół Nawiedzenia NMP, na którego bocznej ścianie zauważyłam wbudowaną wnękę z czymś na wzór kaplicy z usypanym stosem kamieni, z którego w górę wznoszą się trzy ukrzyżowane postaci, z Jezusem na czele. Widok ten uderzył mnie, choć mijałam to miejsce już wielokrotnie, uświadomiłam sobie, że dopiero teraz spojrzałam na ten obraz jakby z zewnątrz, obiektywnie. Przywykliśmy już do tak drastycznych znaków religii chrześcijańskiej wszędzie wokół nas. Parę kroków dalej – przy wejściu głównym do kościoła rzucił mi się w oczy umieszczony na tablicy ogłoszeń napis „gorzkie żale”. Ta religia na każdym kroku poraża starannym doborem słów i obrazów, które mają na celu jedno – umniejszyć człowieka, jego samoocenę w obliczu „Boga”. Nie wiem dlaczego dla ludzi czymś powszechnie akceptowalnym stało się ściąganie przez religię w dół. Czy sfera ta nie powinna dodawać skrzydeł? Motywować? Mam wrażenie, że religia katolicka karci za wszelakie ukazanie ludzkiej słabości, pokazanie ludzkiej twarzy, radości z dokonania czegoś, co sprawia nam satysfakcję. Powinniśmy wstydzić się za wszelkie objawy człowieczeństwa, a jeśli przy tym coś sprawia nam radość, to uznawane jest to za grzech. Religia ta obarczona jest przymusem poczucia winy.

Mniej więcej takie myśli naszły mnie podczas mijania tego miejsca, a gdy zaszłam w okolicę, gdzie odbywają się zajęcia jogi i już miałam skręcać w uliczkę tam prowadzącą, nagle zaczepiła mnie kobieta z pytaniem czy ta droga dokądś prowadzi. ‚Tak, na zajęcia jogi’ – odparłam. ‚Aaaa bo myślałam, że sobie zrobię skrót i gdzieś tą drogą wyjdę na końcu’. Po krótkiej wymianie zdań odwróciłam się i ruszyłam w swoją stronę, a kobieta zawołała za mną jakby z oburzeniem: „To idzie pani??? Mimo tego, że mówią, że to niewłaściwe?” O zgrozo, padły moje ulubione słowa. Zazwyczaj tego typu wypowiedzi wywołują u mnie wzrost ciśnienia. Tym razem jednak muszę przyznać, że rozbawiło mnie to, choć oczywiście nie bezrefleksyjnie. Odparłam z uśmiechem, że dla mnie jest to jak najbardziej właściwe, i że owszem, idę.

Później zaczęłam o tym myśleć. Gdybym spotkała tę kobietę jeszcze raz, zapytałabym kim są ci „oni” i dlaczego się nimi sugeruje (i dlaczego, do cholery ja miałabym to robić!). Oczywiście mogę się domyślić brzmienia schematycznych odpowiedzi pozbawionych racjonalnych argumentów, tym bardziej pytania te chciałabym zadać, żeby spróbować ukazać bezsensowność takiego sposobu postrzegania świata. I tu wraca temat fałszywej świadomości, o której pisała Kasia w ostatnim wpisie. Ludzie często są zupełnie pogubieni w tym, w co wierzyć, pod czym się podpisać, a pod czym nie, dlatego decyzję o tym pozostawiają komuś innemu. Nie decydują sami o sobie, świadomie, a przywilej ten oddają często ‚tym, którzy mówią, że to niewłaściwe’, którzy wystawią pieczątkę z opinią, co jest dla Ciebie dobre. Komuś, kto samozwańczo mianował się reprezentantem jego religii na przykład. Ludzi traktuje się często jak kretynów, próbuje się im odebrać racjonalny sposób myślenia, wmawiając, że wszystko co mogą poszerzyć swoje horyzonty, czy też spojrzeć na coś szerzej, lepiej i głębiej – powinno być potępione. Czy kolejną cechą polskości jest nieumiejętność autonomicznego myślenia, oddawanie decyzji o tym co jest słuszne, a co nie komuś innemu? Może niepotrzebnie mieszam do tego kwestie polskości, ale coś czuję, że jest to trochę cecha naszego narodu. Obawa przed wystąpieniem przed szereg. Przed odstawaniem od schematu. Przed spojrzeniami.

Jestem zdania, że człowiek sam o siebie zadba najlepiej i sam decyduje o tym, co czyni go szczęśliwym. Czy potrzebujemy być traktowani jak dzieci, prowadzeni za rękę, gdzie ktoś „pretendowany” mówi nam czego nie wolno, czego nie wypada? Jeśli nikogo przy tym nie ranię, nie łamię praw drugiej osoby, dlaczego ktoś ma oceniać moje działania jako niewłaściwe? Dlaczego ktoś w ogóle ma oceniać moje działania?

Agnieszka

Ilu z nas zadaje sobie regularnie pytanie :’Czy naprawdę tego chcę? Czy robię to bo czuję presję? Bo znajomi/rodzina/wiek’ itp., itd…
Od dziecka są nam wpajane wzorce zachowań, schematy myślenia, wyuczone reakcje, stereotypy. W wielu przypadkach również rodzice przenoszą na nas, często nieświadomie, swoje własne oczekiwania i niespełnione plany. Wielokrotnie przez wiele lat podążamy drogą którą kiedyś wydawało nam się że podążać chcemy dopóki nie zdamy sobie sprawy że żyjemy zgodnie z czyimś, niekoniecznie własnym, planem. Wmawia nam się że życie składa się z tzw. deadlines, że przed 25 rokiem życia powinno się ukończyć studia i wiedzieć co się chce w życiu robić, popracować kilka lat a raczej ‘zrobić karierę’, a potem przed 30. koniecznie wyjść za mąż i urodzić dziecko. Jakże często słyszymy z ust bliższych lub dalszych znajomych słowa ‘ja przed 30 chcę mieć dwójkę dzieci’ albo gorzej, w formie ogólnej i narzucającej ‘kobieta/mężczyzna przed 30 powinna/powinien…’. Gotowy przepis na późniejsze dramaty w życiu i kryzys tożsamości.

Dlaczego za wszelką cenę większość z nas stara się dopasować do gotowych wzorców? Myślę że niewielu tak naprawdę chce się wyróżniać i wzbudzać ciekawość. W grę wchodzi również chęć zadowolenia rodziny, obawa że możemy zranić uczucia bliskich, boimy się odrzucenia. Tak naprawdę złymi lub wymuszonymi wyborami skrzywdzić możemy tylko siebie.

Powyższe kwestie zaczęły mnie nurtować jakieś 7 lat temu po przeprowadzce z Polski do Londynu. Nie chodzi o to że jako osoba wyjęta z kontekstu polskości czuję się upoważniona by krytykować kraj. Bynajmniej. Wydaje mi się jednak że te 7 lat w mieście które słynie z poszanowania wolności osobistej i tolerancji dla inności pozwoliły mi spojrzeć na Polskę jako państwo w sumie dość absurdalne i…egzotyczne. Wielu moich polskich znajomych narzeka na polską mentalność a mimo to za wszelką cenę stara się dostosować do specyficznych wzorców i nakazów. Błędne koło. Przykłady można mnożyć – niewierzący biorą śluby kościelne (‘dla rodziny’), osoby gardzące instytucją małżeństwa decydują się wziąć ślub, ateiści wysyłają swoje dzieci na lekcje religii. Zazwyczaj osoby te, zapytane o powody takowego postępowania odpowiadają mniej więcej tak samo – w Polsce inaczej nie można, Polska nie jest krajem tolerancyjnym, zrobimy tak ale i tak myślimy sobie swoje, nikt nie musi o tym wiedzieć. Tylko po co robić coś w co kompletnie nie wierzymy i z czym się nie identyfikujemy? Czy nie jest tak że w dużej mierze wydaje nam się że będziemy za pewne zachowanie ‘potępieni’ przez otoczenie, choć tak naprawdę nikt dłużej by się nad tym nie zastanawiał?

Wręcz przeciwnie, pokazujemy wtedy że można być troszkę innym i nie wszyscy musimy dokonywać takich samych wyborów. Do niedawna wydawało mi się że rozumiem znajomych którzy na przykład prywatnie przyznają się do ateizmu ale chodzą do kościoła od czasu do czasu, szczególnie w święta, bo rodzina, bo sąsiedzi. Mimo że sama jako pasjonatka darwinizmu i teorii ewolucji otwarcie przyznaję się do ateizmu i uważam że byłoby nie w porządku gdybym chodziła do kościoła właśnie tylko w święta, ‘dla fajnej atmosfery’. Otóż rozmawiałam z koleżanką która obecnie również mieszka w Londynie ale wychowała się w Polsce -jako ateistka, córka i wnuczka ateistów. W małym miasteczku. Jak na Polskę – bardzo rzadkie. Oczywiście miałam do niej mnóstwo pytań, szczególnie o kwestie dyskryminacji. Była co najmniej zdziwiona. Mimo że ona i jej siostry nigdy nie chodziły na lekcje religii ani do kościoła oraz nie były ochrzczone, nigdy nie odczuły tego że są traktowane jako ‘inne’. Jej rodzice mieli przyjaciół wśród osób wierzących, podobnie jak one miały koleżanki chodzące na religię. Wybór jej rodziny był traktowany jako punkt widzenia, filozofia życia, coś co się szanuje i tyle.
Czy więc nie jest tak że robimy pewne rzeczy ze strachu i wyobrażamy sobie scenariusze sytuacji które prawdopodobnie nigdy nie dojdą do skutku a stają nam na drodze do bycia sobą i życia zgodnie z własnymi przekonaniami?

Kasia

Żyjemy w świecie skrajności. A może powinnam raczej napisać „zamykamy się w świecie skrajności”. Począwszy od wymagań jakie sobie stawiamy, poprzez poglądy jakie przyjmujemy, pracę, naukę, miłość, aż po religię, politykę i styl życia.

Nie potrafimy złapać równowagi, zdrowych proporcji, zorganizować swojego życia tak, aby znalazło się w nim miejsce na wszystko, czego potrzebujemy. Gdy łapiemy się pracy to zarzynamy się do późnych godzin nocnych, byleby zadowolić naszego chlebodawcę i zasłużyć w jego oczach na awans. W domu myślimy o pracy, w pracy myślimy o pracy, w nocy śnimy o pracy. Po dwóch latach nienawidzimy jej i siebie za to, że utknęliśmy w niej po same uszy i że inna część naszego życia – tak ważna kiedyś – już nie istnieje. Usprawiedliwiamy to pracoholizmem – cechą charakteru pokolenia nowej generacji.
Do późnych lat swej młodości pozostajemy „singlami”, niekoniecznie z wyboru, raczej z braku odpowiedniego kandydata na miano drugiej połówki. Jeśli na taką trafiamy, rzucamy wszystko co do tej pory kochaliśmy i robiliśmy bo oto jest – ta nasza jedyna długo wyczekiwana miłość. Po jakimś czasie z miłości graniczącej z ubóstwieniem rodzi się nienawiść. Jak kochamy to na zabój, jak nienawidzimy to na śmierć. Zranieni postanawiamy już nigdy nikomu nie zaufać bo przecież kobiety/mężczyźni (niepotrzebne skreślić) okazali się zwykłymi szujami, którzy wykorzystali nasze uczucia. Aż do następnej tej jedynej miłości, jeśli nie wyciągnęliśmy z tego żadnej lekcji, scenariusz się powtarza. Skrajność goni skrajność.
Jesteśmy rozproszeni i wciąż odkładamy wszystko na później. Nie mamy na nic czasu, a jeśli udaje nam się zmobilizować do realizacji swojego od dawna już odkładanego postanowienia – poświęcamy mu całą uwagę – przez całe 2 następne dni. Na dłużej nie starcza nam samozaparcia. Po tym czasie postanowienie znowu ląduje w kącie z nadzieją na lepsze dni.
Szybko się wypalamy, nie możemy znaleźć odpowiednich proporcji w życiu. Gonimy, biegniemy od jednego pomysłu do drugiego, żadnego nie realizując. Tak przemyka nam 5, 10 i następne 15 lat. Słomiany zapał. Interesuje nas wszystko i nic zarazem. Królowie narzekania ułomni w działaniu.
Polityka – to dopiero teatr skrajności. Nie ma mowy o żadnym dialogu, koalicja, opozycja i dwa odmienne, skrajne poglądy na wszystko. W żadnej sprawie nie ma szansy na konsensus, racjonalny wybór.
Społeczeństwo zmienia się na naszych oczach, a my sami jesteśmy jego częścią. Jesteśmy bombardowani gotowymi rozwiązaniami podsuwanymi pod nos, jednorazowymi pomysłami, które nie pozwalają nam się wykazać. Jeśli sami nie zdecydujemy się na świadomy wybór, polegniemy, popłyniemy z falą nijakości, odbijani od skrajności jak od skał.
 
Niedawno czytałam wypowiedź projektantki Zuzanny Górskiej, która posiada własną firmę, dwoje dzieci, męża. Proszona była wielokrotnie o wywiady, skupiające się wokół pytania „na czym polega Twój sukces? Jak Ci się to udało, jak TO osiągnęłaś?”. Zuzia na swoim blogu pisze o tym, że zaczęła zastanawiać się – za jej wielki sukces osobisty i zawodowy jest fakt posiadania rodziny, własnego domu i firmy… a czy to nie powinno być standardem? Możliwość posiadania, domu, rodziny, firmy. Polecam notkę Zuzi, bo trafiła w sedno. Tak – w naszym kraju, jeśli komuś udało się osiągnąć to wszystko, musi to być oznaką niezwykłego sukcesu lub blefu, mistyfikacji, udawania. Nie wiem czy jest to przypadłość naszego kraju czy bardziej naszych czasów, ale pokrywa się to z tym o czym piszę. Nie potrafimy się skupić na kilku rzeczach jednocześnie i zachować zdrowych proporcji. Albo mamy szczęśliwą rodzinę albo wysokie stanowisko/własną firmę. A jeśli do tego jesteś kobietą, coś musi być z Tobą nie tak, że udają Ci się obie rzeczy na raz.
Skupienia – tego życzę sobie i wszystkim. Prawdziwego skupienia pozbawionego skrajności i zacietrzewienia. Równowagi w dążeniu do swoich marzeń i planów.
Agnieszka

Uwielbiam drewno we wnętrzach. W szczególności nie do końca obrobione, surowe.

O drewnianych elementach we wnętrzach zapewne napiszę jeszcze nie raz, dzisiaj chciałam skupić się na… motywie słoi drzewa.

Poniższe zdjęcia nie są mojego autorstwa, znalazły tu swoje miejsce w wyniku mojej internetowej podróży po stronach związanych z designem wnętrz, inspiracjach etc.

Korean artist Jae Hyo Lee2

Korean artist Jae Hyo Lee

lee-2-600x407 pine-sculptures-by-jae-hyo-lee-2_LvF94_22975

Korean artist Jae Hyo Lee2

Korean artist Jae Hyo Lee

Kolekcja została zaprojektowana przez koreańskiego artystę Jae Hye Lee. A jeśli o stołach i meblach mowa…

e2bbbec5fc098d5b83304d54a86bc53f sandback-endgraincoffee1_1

Ferpas, Bolacha Star, and Floating Slab coffee tables by Rotsen

table4

Poniżej znaleziona przeze mnie perełka – dywan inspirowany słojem drzewa. Chyba bardzo starego drzewa, a przynajmniej takie budzi skojarzenia. Widzicie te precyzyjnie odwzorowane fragmenty? Według mnie jest absolutnie cudowny, a im dłużej się przyglądam poszczególnym elementom, tym bardziej chciałabym go kupić! Świetnie komponowałby się w jasnym przestronnym wnętrzu. Absolutna perełka!

Antique Wooden Carpet Wood-Carpet-Artistic-Design

Dywany z motywem słoi drewna stworzyła także duńska firma Ege (wypuściła ona całą serię dywanów inspirowanych naturą, które można znaleźć na podlinkowanej stronie. Jeden z nich poniżej).

trendy_6748_ciekawy_dywan_imitujacy_sloje_drzew_na_podlodze_w_salonie

Artistic-Wood-Carpet

Słoje drewna znajdują swoje miejsce na podłogach, czemu więc nie na ścianach? Zauważyłam, że coraz odważniej stosowane są we wnętrzach nawiązania do natury, zwłaszcza poprzez pokrywanie pojedynczych ścian imitacjami cegieł, kamienia lub drewna. Inspiracji z drewnem na tym blogu z pewnością nie zabraknie, dzisiaj gwiazdą wpisu są przekroje drzew, a i takich przykładów zastosowań na ścianach również nie brakuje:

2011-11-17-log-log-cabin sciana martha stewrd panel

Coś z dodatków:

2012-1-10-Birch-Wood-Balls 6c36c2b25579b0ce9a6ad7f2bcfea4d6 vv

Podsuwam na koniec coś muzycznego… „dźwięki natury” w nieco innym wydaniu. Tak brzmi muzyka grana przez drzewa. Niesamowite! Muszę przyznać, że właśnie to video zainspirowało mnie poniekąd do tego wpisu. Dobranoc :)

YEARS from Bartholomäus Traubeck on Vimeo.

Agnieszka

W wieku lat dwudziestu jesteśmy za młodzi

by wiedzieć kim zostaniemy

w dzieciństwie marzyliśmy o zacnych zawodach

odkrywców, archeologów, ARTYSTÓW

ODDYCHAJĄCYCH LEPSZYM POWIETRZEM

Teraz przesycone unijną kasą firmy pękają w szwach

od specjalistów z końcówką z „-er”

czy w dzieciństwie marzyłeś o zawodzie Content Managera?

UX Designera? PR Managera?

Wątpię.

W wieku lat dwudziestu zbyt wiele myśli ciągnie w różne strony
rozglądamy się
kreujemy własne J a

i tylko nie mów mi, że to dobry wiek by wybierać

jak ma wyglądać Twoja przyszłość

na jakie studia iść, jaką edukację wybrać

by przez resztę życia robić to co kochasz

i godnie żyć.

na fali wyborów znajomych

i raportów „jakie zawody zarabiają najlepiej?”

wybierasz jeden z nich z myślą,
że jest jeszcze czas by wybierać.

że zobaczysz, spróbujesz, POSMAKUJESZ

A JEŚLI SIĘ NIE SPODOBA,

TO WRÓCISZ DO POCZĄTKU.
WIĘC idziesz z prądem.
TRAFIASZ DO KORPOFIRMY

myśląc, że oto złapałeś boga za nogę
GDZIE ZAPOMINASZ
ZNACZENIE SŁOWA „CHCĘ”.

Praca marzeń?

wciąż tęsknisz, motasz się i wierzysz,

że wciąż jest jeszcze czas by wybierać

 zamienić ‚muszę’ na ‚chcę’

a kiedy już sparszywieją dni

i przypomniałeś sobie kim chciałeś być
obudź się

(póki nie)

jest za późno

W Krakowie żyję od ponad 2 lat, choć już wcześniej miasto to było mi bardzo bliskie. Teraz wiąże mnie z nim praca, przyjaciele, miłość, a do niedawna wiązały również studia.

Moje postanowienie noworoczne (jedno z wielu – jak co roku) to eksploracja krakowskich zakątków, tak gdyby było miastem, do którego przyjechałam w roli podróżnika.

Zastanawiające, że jeśli jedziemy w obce miejsce na kilka dni, spinamy się by zobaczyć jak najwięcej w jak najkrótszym czasie, nie omijając żadnej uliczki, muzeum, placu, ani kawiarni. Natomiast w mieście, w którym mieszkamy, takie sprawy odkłada się na później. Owszem, oczywiście liczne spacery krakowskimi uliczkami, odkrywanie nowych kawiarenek, przesiadywanie nad Wisłą (nie wspominając o turystycznych „must visit” – Wawel, Sukiennice itp.) były obowiązkowymi punktami pierwszych miesięcy mieszkania w tym mieście, jednak mam wrażenie, że to wciąż mało. Tak więc w tym roku, póki jeszcze nie wywiało mnie w inne miejsce muszę poznać Kraków. Aparat w dłoń i w drogę. Kilka fotografii z zeszłego roku – z okresu wczesnojesiennego odnalazłam i dzielę się nimi poniżej.

Pamiętam mój pierwszy wieczór – choć bywałam tu już wcześniej wielokrotnie u przyjaciół, pierwsza noc w roli „mieszkanki” Krakowa była osobliwa. Po pobieżnym wypakowaniu rzeczy wskoczyłam w tramwaj jadący do centrum i pognałam na Rynek, by napawać  się widokiem miasta, które od tej pory miało być moim domem. Nie mogłam się nasycić świadomością, że otwiera się przede mną nowy rozdział, czułam, że pewne drzwi za sobą zamknęłam, a otworem stoją nowe, których progu jeszcze nie przekroczyłam. Już chciałam wiedzieć co mnie czeka, jakich ludzi poznam, co będę tam robić…

Agnieszka

Habibi Adventures

Adventurous life of an international family

creativita

żyj kreatywnie | pracuj online & podróżuj | rozwijaj swój biznes online

Sparc media

REKLAMA ONLINE, RTB, PROGRAMMATIC BUYING

aga moleda

sketchbook

kobieta pracująca

czyli życie codzienne kobiety torontońskiej na początku XXIw.

Freshome.com

Interior design ideas, home decorating photos and pictures, home design, and contemporary world architecture new for your inspiration.

Love in the City of Lights

memoirs, musings and travels of a hopeful romantic in Paris