Na poczatku chcialabym Was przeprosic za brak polskich znakow w tym tekscie. Poprzednie posty pisalam na moim starym komputerze ktory przywiozlam jeszcze z Polski. Komputer niestety przestal funkcjonowac jakis czas temu i obecnie uzywam angielskojezycznej klawiatury.

Wracam wiec do planowanego tematu. Tydzien temu wybralysmy sie z siostra na kilka dni do Rzymu. Nasz styl zwiedzania (bo bylysmy razem juz w roznych zakatkach Europy kilkakrotnie) zazwyczaj wyglada podobnie. Nie biegamy jak szalone z przewodnikiem z lista miejsc – punktow do ‚zaliczenia’, odhaczenia. Owszem, zazwyczaj wiemy co chcemy zobaczyc, co ewentualnie pominac i mamy ogolny plan i wizje podrozy. Obca nam jednak jest idea obejrzenia wszystkich oczywistych atrakcji turystycznych w kilka dni i zaplanowanej kazdej godziny.

Tak tez bylo tym razem – owszem, zwiedzilysmy okolice Placu Hiszpanskiego i schodow oraz fontanny Di Trevi ale znalazlysmy rowniez czas by pokrecic sie po waskich, nieco ukrytych uliczkach w okolicy i zatrzymac sie na mrozone espresso serwowane, nietypowo, w kieliszku do szampana. Reszte popoludnia spedzilysmy wloczac sie leniwie po miejscu gdzie Rzymianie lapia oddech w weekendy – Villa Borghese. Piekny, ogromny park – ogrod z ciekawa architektura, fauna i flora. Sama droga powrotna piechota do dzielnicy Monti w ktorej sie zatrzymalysmy rowniez dostarczyla nam niesamowitych wrazen. Wieczorem wloczenie sie po malowniczym Trastevere nad Tybrem i oczywiscie makaron…

Nastepnego dnia bylo podobnie – dosc gruntownie zwiedzilysmy Koloseum i Forum Romanum bo nam na tym zalezalo ale reszte popoludnia i wieczor spedzilysmy na plazy w Ostii gdzie ‚przetrawialysmy’ dotychczasowe obserwacje i wrazenia. 

Kolejny dzien uplynal na niespiesznym wloczeniu sie po Monti, atmosferycznej (podobno najstarszej wedlug niektorych zrodel) dzielnicy Rzymu. Kawa, zagladanie do lokalnych sklepikow, kolejna kawa.

Zobaczylysmy sporo, ale wiele rzeczy musialysmy pominac (np. Watykan) aby te miejsca, na ktorych nam zalezalo, zobaczyc dokladnie lub po prostu sie powloczyc po mniej znanych zakatkach i nasiaknac lokalna atmosfera. Mam znajoma, ktora opowiadala mi ze podczas pobytu w Rzymie biegala z przewodnikiem i odhaczala punkty z listy aby ‚wszystko’ zobaczyc. Powiedziala ze nie miala czasu po prostu usiasc z filizanka cappucino by sprobowac lokalnej kawy i poobserwowac ludzi, ruch uliczny, przyswoic to co juz zobaczyla. Nie oceniam tego typu zwiedzania ale wiem, ze ja bym w ten sposob nie mogla podrozowac. Podroz staje sie wtedy swego rodzaju obowiazkiem i przestaje byc przyjemnoscia. Kiedy ma sie gotowy plan z kazda godzina wypelniona, przestaje sie byc otwartym na ewentualne zmiany i obserwacje. Wiem rowniez z dawnych doswiadczen ze tego rodzaju ‚napakowane’ zwiedzanie jest sila rzeczy powierzchowne. Nie ma takiej mozliwosci by poznac miasto wielkosci Rzymu czy Paryza w 4-5 dni. Lepiej zobaczyc czesc, a reszte zachowac na nastepny raz – bedzie po co wrocic.

A Wy, jak Wy lubicie podrozowac?

 

Kasia

Temat ten chodzi za mną już od dłuższego czasu, ale z różnych powodów nie mogłam zabrać się za pisanie. Z racji wykonywanego zawodu i tematów, wśród których na co dzień przyszło mi się obracać (social media, marketing, public relations…) czytam dużo tematycznych portali, artykułów, gazet, blogów. Obserwuję, czasem komentuję, czasem siedzę cicho. Przeżywam, często się wkurzam się, czasem mam to gdzieś. Tematy doli i niedoli związanych z pracą w tej branży zapewne będę czasami poruszać, tym razem jednak chcę skupić się na jednym z obszarów – marketingu szeptanym. [to się teraz trochę powkurzam…]

Osoby, które pierwszy raz spotykają się z pojęciem marketingu szeptanego, odsyłam by pogrzebać tutaj. Jeśli miałabym podać definicję pojęcia – miałabym z tym spory problem. I właśnie o tym będzie ten wpis.

Weźmy prosty przykład z życia wzięty. Siedzimy u znajomych, którzy właśnie poczęstowali nas deserem ‚niebowgębie’. I co? Chcemy przepis, oczywiście, że chcemy przepis. Ktoś poleca nam więc coś, co jest sprawdzone i dobre. I tak to coś idzie dalej w świat – następnym razem w innym gronie to my błyśniemy kulinarnym talentem częstując swoich znajomych wypróbowanym nowym przepisem, a oni będą błagali nas o recepturę, którą przy odrobinie dobroci serca podamy. I tak dalej.

Bywa, że spotykam się w gronie babskim, rozmawiamy na przeróżne tematy. Bywa też, że dotykamy tematów typowo kobiecych – obgadując cudowne specyfiki, które pozwoliły nam stać się jeszcze piękniejszymi niż jesteśmy bez nich;) Dla potrzeb zobrazowania trochę spłaszczę – sprowadza się to do tego, że jeśli bliska znajoma sprawdzi jakiś produkt i poleci go drugiej – stawiam na 99%, że ta w ciągu najbliższych 7 dni poleci do sklepu i takowy zakupi, by przetestować go na swojej skórze/włosach/paznokciach/etc. I to dla mnie jest wiarygodny i w pełni zrozumiały marketing szeptany. Wypróbowałam coś, sprawdziło się, mogę polecić dalej. Nic z tego nie mam, poza satysfakcją z upiększenia przyjaciółki [:)] i spełnioną misją, że oto wieść o dobrym produkcie pójdzie w świat [przykład kosmetyków podany dla zobrazowania, tak na prawdę ująć tu można dosłownie wszystko od wyposażenia wnętrz, po sposób ćwiczeń, odżywiania się, modę, lifestyle, ostatnio obejrzane filmy czy przeczytane książki, w skrócie – wszystko to, co osoby zaufane o podobnych upodobaniach nam polecą i przekonają, że na prawdę warto po to sięgnąć].

Kiedy chcemy kupić nowy komputer, często sięgamy po jedną z kilku opcji. Jesli nie znamy się na tym sami na tyle, by zadecydować na jaki sprzęt warto wydać ciężko zarobione pieniądze, często sięgamy po opinię innych ludzi: 1) znajomego, o którym wiemy, że się na tym zna 2) opinie w Internecie/rankingi recenzje. Która z tych dwóch opcji jest dla Was bardziej wartościowa? Strzelam, że jednak pierwsza – opinia osoby, którą znacie i której wierzycie. I to dla mnie jest prawdziwa moc marketingu szeptanego. Wierzę komuś, bo sam to przetestował/bo zna się na tym i nikt mu za to co mówi nie zapłacił, by to mówił. Robi to pro bono, bo chce dla mnie jak najlepiej.

Swego czasu miałam okazję przyjrzeć się pracy pewnej agencji… hmmm „public relations”. Taką nazwę przyjęła, choć nie byłabym przekonana czy słusznie (mniejsza o to). Jednym z działań prowadzonych przez nią był właśnie marketing szeptany. Włos się na głowie jeży co się tam wyczyniało. I tu – w pojęciu marketingowym właśnie zaczyna się usługa zwana ‚marketingiem szeptanym’, czyli nic innego jak nawiązanie do opcji 2 w wyżej przeze mnie postawionym dylamacie odnośnie kupna komputera. Dla wszystkich, którzy podjęciem decyzji o zakupie sprawdzają opinie na forach – to nie jest drodzy Państwo do końca tak, że jak przeczytacie 10 opinii „oh ah”  na forum o jakimś produkcie, to on na prawdę jest  taki świetny – choć jest oczywiście taka szansa. Lecz szansa jest też na to, ze firma wykupiła ludzi, którzy te pozytywne opinie o nim piszą. Nie chcę tego oceniać, ale im bardziej z dystansu patrzę na to, gdzie to prowadzi, tym bardziej nie mogę się powstrzymać. Co innego „szeptać” na forach o zbliżającym się evencie/wystawie w danym mieście. Co innego pisać oficjalnie jako sklep o swoich produktach. Ale co innego jednak udawać szczęśliwych użytkowników wychwalających po niebiosa rzeczy, których nigdy na oczy nie widzieli. Nie mówiąc już o skrajnych przypadkach pozytywnych rekomendacji… leków lub lekarzy, a nawet chirurgów plastycznych [sic!], co też się o zgrozo zdarza.

Firmy takie istniały (wyrastając jak grzyby po deszczu zwłaszcza w czasie social media boom), istnieją i istnieć będą (z lepszymi lub gorszymi wynikami finansowymi), moim celem nie jest bynajmniej pogrążenie jakiejkolwiek z nich. Sądzę jednak, że prowadzi to do nikąd. Największą siłą jest marketing szeptany wypływający właśnie z ludzkiej natury kooperacji, relacji, przyjaźni. Jakkolwiek naiwnie to brzmi, sądzę, że jest prawdziwe. ŻADNA marka nie uzyska tak dobrych wyników sprzedażowych jakąkolwiek kampanią, jeśli nie zadba o jakość produktów. A to właśnie ona sprawia, że ludzie sami z siebie, bez potrzeby bycia opłacanym chcą rekomendować produkty swoim znajomym, rodzinie. Powrót do korzeni coraz częściej w modzie. I słusznie.

Agnieszka

Zdumiewają mnie ludzie, którzy od lat wczesnej młodości wiedzą co chcą robić w życiu i ich droga zawodowa to prosta linia zmierzająca do ściśle określonego celu. Ja – osoba cechująca się raczej życiowym niezdecydowaniem obrałam pewien kierunek, któremu poświęciłam lata swojej edukacji i pierwsze lata pracy, wciąż jednak nie będąc pewna, czy aby na pewno stąpam po gruncie mnie przeznaczonym. Dylematy zawodowe zaprzątają moją głowę w coraz bardziej nasilającym się stopniu już od dłuższego czasu. Rozdarcie wewnętrzne pragnące znaleźć spełnienie w dziedzinie, której będę pewna. Która będzie jednocześnie pasją, czymś m o i m.

Jest tyle różnych sposobów na życie, tyle interesujących dróg zawodowych, że ciężko mi osiąść w jednym miejscu. Ciągle mam ochotę próbować nowych rzeczy, sprawdzać się w nowych sytuacjach. Wierzę głęboko w to, że jeśli to co robimy zawodowo jest jednocześnie naszą pasją, jest to przepis na sukces i spełnienie. Tak też prawią niektórzy znawcy ds. tak zwanego rozwoju zawodowego, sukcesu, motywacji. Niektórzy z nich mówią, że jeśli chce się osiągnąć sukces, powinno się zacząć robić to, co się kocha, nie myśląc za wiele o tym, jak bardzo to będzie opłacalne, ile zysku przyniesie itp. Zaangażowanie, jakie wniesiemy w swoją pasję, prędzej czy później przyciągnie pieniądze. Myślę, że mają dużo racji, choć w wielkim uproszczeniu. W jednym z wykładów na temat rozwoju osobistego, który miałam okazję słuchać ktoś zapytał:
„Gdybyś zupełnie nie musiał myśleć o pieniądzach i mógł pozwolić sobie na robienie tego co chciałbyś najbardziej, tego co kochasz, co by to było?”

I to pytanie, a raczej próba odpowiedzi na nie chodzi mi po głowie od dłuższego czasu. I sprawia, że przewartościowuję sobie w głowie.

Spróbujcie przemyśleć swoją odpowiedź na to pytanie, zastanówcie się jak ta odpowiedź ma się do tego, co faktycznie robicie w życiu.

Agnieszka

Zastanawiam się ostatnio nad zagadnieniem tak zwanej strefy komfortu. Ile razy mieliśmy ochotę podjąć sie jakiegos zadania ale nie pozwoliły nam na to nieśmiałosć, lęk przed porażką, lenistwo lub brak czasu (jako wymówka). Wymieniac można by w nieskonczoność. Większosć z nas obraca się we własnej, węższej lub szerszej strefie. Składają się na nią między innymi – określone grono znajomych, ulubione miejsca i sposoby spędzania wolnego czasu oraz posiadane przez nas umiejętności. Traktujemy to jako coś naturalnego i zazwyczaj nie zastanawiamy się nad tym.

Uświadomiłam sobie to jakis czas temu, kiedy koleżanka na moje pytanie czy pojdzie ze mna na imprezę odpowiedziała że przeciez nikogo tam nie zna i nie bedzie miała z kim porozmawiac a przeciez nie chce na mnie ‚wisieć‚ przez cały wieczór. To klasyczny przykład niechęci wyjscia ze strefy komfortu. A przeciez mogła poznać nowych ludzi i nawet zawrzeć jakaś przyjazn czy choćby tylko podyskutować na ciekawy temat z nieznaną jej wczesniej osobą.

Tego typu sytuacje i przykłady mozna mnożyć. Strach przed probowaniem nowych rzeczy, porzuceniem wykanczajacej nas psychicznie pracy, nauką nowego jezyka lub zapisanie się na kolejne studia. Mysle ze gdy zdamy sobie sprawę z własnej strefy komfortu i okreslimy jej granice, łatwiej bedzie nam ją przekraczać czy chocby próbować. Inaczej stoimy w miejscu i hamujemy własny rozwój. To nie musza być spektakularne wydarzenia – czasem wystarczy zacząć od spróbowania nieznanej potrawy.

Jestem ciekawa Waszych opinii i komentarzy – czy komuś z Was udaje sie regularnie wychodzić z wlasnej strefy komfortu?

 

Katarzyna

fit

Kilka lat temu z werwą i radością chodziłam na wszelkiego rodzaju aerobowe zajęcia fitness. Od klasycznego aerobiku, poprzez step, różne warianty callanetics. Empatyzowałam się z resztą dzielnie ćwiczących dziewcząt, z takim samym zaangażowaniem podskakując w rytm nadany przez prowadzącą. Z podziwem w oczach obserwując ją wymachującą gibko nogami, z przekonaniem, że kiedyś osiągnę podobny poziom. Później było parę zajęć pilatesu, wolniejszych, takich, które dawały skupienie nad każdym ruchem. Wtedy było to dla mnie coś całkiem nowego. Lubiłam to. Potem długo długo nic, jakieś zajęcia spinningu (dla nie wtajemniczonych – porządny wycisk na rowerach stacjonarnych w grupie pod okiem instruktora, który narzuca tempo i decyduje o poziomie trudności odcinków ‚trasy’), które akurat muszę przyznać – świetnie pozwalały wyładować emocje. Często chadzałam na basen i do niedawna – jogę. Ostatnio szukałam jakiegoś kompromisu – zajęcia, które odbywają się blisko domu i pozwolą mi „wyskoczyć” kiedy tylko będę miała ochotę poćwiczyć + modelujące sylwetkę i oczywiście poprawiające kwestie koncentracji, skupienia. To oferowała joga, pilates, tego też szukam teraz. Wysiłku dla ciała i umysłu.

Parę dni temu poszłam (z braku pomysłu na lepsze wykorzystanie wieczornego czasu) na zajęcia pod dumną nazwą „Kardio odchudzanie + brzuch”. Poczułam się tak jak wtedy na studiach fikając aerobikowe figury próbując nadążyć za rytmem reszty i układem choreograficznym narzuconym przez instruktorkę. Z tą różnicą, że tym razem czułam się w tym wszystkim jakoś… idiotycznie. Prowadząca zajęcia z ogniem w oczach i w strumieniach potu dyktowała dalsze partie układu, próbując przekrzyczeć łomoczącą dynamicznie muzykę, nadającą tempo nie do utrzymania. „Bliżej do ziemi, do ziemi mówię!!” – krzyczała gdy nasze przysiady nie były zbytnio satysfakcjonujące dla niej.

Gdyby nie późniejsze 2 dniowe zakwasy (mimo, że jestem całkiem nieźle rozruszana), nie poczułabym żadnego wpływu tychże zajęć. Dały po dupie i o to chodziło, ale na tą chwilę doszłam do momentu, gdzie potrzeba mi czegoś ‚więcej’. Mentalnego resetu, ćwiczeń, które pozwolą na wycisk ten umysłowy również, gdzie skupiam się na oddechu, koncentracji połączonej z wysiłkiem. Nie wykluczam, że czasem pójdę na tego rodzaju odmóżdżający wycisk (moje ciało będzie mi wdzięczne), ale nie przestanę szukać dobrych zajęć, które pozwolą mi popracować nie tylko nad fizycznymi aspektami.

Agnieszka

natural-beautyWczoraj w pewnej gazecie przeczytałam zdanie „Zadbaj o swoje naturalne piękno”. Dobrze, fajnie, naturalne piękno się ceni. Ale zaraz, zaraz, tak właściwie to co oznacza – zadbaj o swoje naturalne piękno? Artykuł okraszony tym tytułem wspominał coś o medycynie estetycznej, potrzebie stosowania pewnych zabiegów, by uroda nie ucierpiała. Ale czy na pewno o to chodzi? Właściwie gdzie jest granica dbania o to co w nas NATURALNE, a próba zamiany w kogoś innego?

Jeśli jestem brunetką z jasną cerą i brązowymi oczami to czy jeśli farbuję włosy na podobny do naturalnego kolor, po to, aby dodac im blasku i ładnego „odcienia” – jeszcze dbam o moje naturalne piękno czy już nie? Nie do końca rozumiem lansowaną przez media postawę dbania o urodę. Nakładanie na siebie tonę kosmetyków, stosowanie wszystkich najnowszych rozwiązań medycyny estetycznej ma nam zapewnić satysfakcjonujący wygląd? Czy powinnam łapać się wszelkich innowacyjnych rozwiązań by zahamować proces starzenia i zachować młody nieskazitelny wygląd? Czy może dbanie o naturalne piękno ograniczać się powinno do stosowania naturalnych kosmetyków i nie odbiegania w skrajne typy urody, takie które dalekie są do naszego? Czy może raczej chodzi o umiejętne stosowanie kosmetyków, tak, aby podkreślić to czym natura nas obdarzyła?

Ostatnio wśród kobiet panuje trend powracania do naturalnego wyglądu – mniej makijażu, powrót do naturalnego koloru włosów. Osobiście uważam, że natura nie bez powodu obdarowała nas takim, a nie innym wyglądem. Choć wiadomo – zawsze było jest i będzie coś, co chcemy w sobie poprawić, co mogło by być lepsze, ładniejsze, smuklejsze, mniejsze, większe.

Dążenie do własnych celów wciąga nas w pewien proces, próbę samodoskonalenia. Według mnie to się tyczy zarówno samorozwoju, zdobywania wiedzy, jak i dbania o urodę. Lepiej czujemy się we własnej skórze – lepiej nam się żyje. Choć dla niektórych wydaje się to zbyt banalne, po prostu tak już skonstruowany jest ten świat. Łatwo jednak wpaść w pułapkę własnych niedoskonałości, w której całe życie skupione będziemy na „poprawianiu czegoś”. 

Ostatnio coraz częściej mam ochotę przerzucić się na zupełnie naturalne kosmetyki, coraz częściej stosuję rozwiązania homemade, przygotowywane przeze mnie samą, z dostępnych w sklepach produktów naturalnych. Zresztą stwierdzam, że zupełnie niepotrzebnie wielokrotnie inwestowałam w kosmetyki do ciała, bez których moja skóra z sukcesem potrafiłaby się obyć (a to z ciekawości, a to skuszona obiecanym efektem, a to by poprawić sobie humor).

Nie mam gotowej odpowiedzi czym jest naturalne piękno oraz co robić (i czego nie robić) by je pielęgnować. Myślę, że to bardzo indywidualna kwestia i nie powinniśmy sugerować się wszelkimi nowinkami. Ale w wyznaczeniu tego jak w tym wszystkim odnaleźć siebie, warto pomyśleć – jak bardzo nasz obecny wygląd odbiega od naturalnego? Co robię, żeby podkreślić moje ‚naturalne’ piękno, a przede wszystkim – co w mojej urodzie uważam za piękne? I oczywiście umiar :)

Zadanie na ten tydzień: pozbycie się zbędnych kosmetyków z domu, weryfikacja co mi jest NA PRAWDĘ potrzebne. Kropka.

Agnieszka

Co roku robię listę postanowień noworocznych. Właściwie na początku już sprostuję – nie nazywam tego postanowieniami, jest to dla mnie lista rzeczy, które chciałabym w danym roku osiągnąć i na których realizacji chcę się skupić. Jest to dla mnie ważny moment w roku. Właściwie nie ma wielkiego znaczenia fakt, że za moment ten obieram rozpoczęcie nowego roku, ale prawdopodobnie poprzez wpojone przez lata przekonanie, że nowy rok jest dobrą okazją na zmiany, postanowiłam iść z prądem.

To nie jest tak, że w ciągu roku pieczołowicie trzymam się listy i realizuję punkt po punkcie. Wręcz przeciwnie – mam świadomość zapisanych punktów, ale trzymam ją raczej w metaforycznym ‚tyle głowy’, nie noszę przy sobie jako wskazówkę czego się trzymać. Po co to robię? Po roku, gdy zasiadam do sporządzania nowej listy, zerkam na zeszłoroczną i weryfikuję – co z moich priorytetów się zrealizowało, które z życzeń zupełnie zaniechałam, a które przeszły metamorfozę i ewoluowały w inne dążenia (tak też się zdarza, tworząc taką listę nie narzucam sobie z góry „tak będzie wyglądał mój rok”, dopuszczam, że wszystko może się zmienić, wywrócić do góry nogami, że moje postanowienia mogą przybrać nową drogę). Starych list nie wyrzucam, lecz kolekcjonuję. Za 10 lat dobrze będzie usiąść i przeczytać, co było dla mnie ważne w danym okresie życia. O takich rzeczach często przecież zapominamy.

Po co to wszystko? Jestem osobą, która wciąż potrzebuje stawiać sobie nowe cele i dążyć do ich realizacji. Brzmi to nieco górnolotnie, ale nie chodzi o wielkie cele, przenoszenie gór, ale też te małe, codzienne. Narzucenie sobie jakiejś dyscypliny w dążeniu do czegoś. Dzięki temu mały postęp w ich realizacji budzi moją radość i dumę z siebie samej i powoduje, że „nie odpuszczam”. Być może niektórym takie życie zupełnie nie odpowiada, wolą święty spokój. Nie krytykuję tego, uważam, że jeśli ktoś jest szczęśliwy w tym co robi (lub w tym co nie-robi) i jak żyje, jest to jak najbardziej ok.

Po studiach przekonałam się, że moje życie bez małych ‚wyzwań’ nie ma sensu. Od kiedy pamiętam, zawsze miałam jakiś punkt, do którego dążyłam. Kiedyś chciałam nauczyć się fotografii, potem zebrać pieniądze na własny aparat. Chodziłam na warsztaty, na aparat zarabiałam korepetycjami z angielskiego. Potem studia i wszystko, by nauczyły mnie zawodu związanego z reklamą, PR. Mniej skupiałam się na teoretycznym aspekcie studiów, bardziej na praktyce, by po studiach znaleźć się w dobrej pozycji zawodowej, z paroletnim stażem pracy na koncie. Wakacje spędzałam na bezpłatnych stażach. Szybko chciałam uniezależnić się finansowo, na pierwsze prawdziwe wakacje w babskim gronie pojechałam za własne pieniądze, zarobione podczas letniej pracy. Za wszelką cenę chciałam uniknąć ‚efektu studenta’, czyli pośpiesznego szukania pracy pod presją, z dyplomem (albo dwoma), ale bez żadnego doświadczenia. Nasłuchałam się o takich przypadkach i sama postanowiłam nie powielać wzorca. Udało się. Wszystko pięknie, cel po celu, skrupulatnie realizowałam swój pieczołowity plan – drogę do samodzielności.

Po skończeniu studiów natknęłam się jednak na inną ścianę – uporałam się z obroną, odebrałam dyplom, miałam dobrą pracę, a ponieważ ostatnie miesiące studiów schodziły mi na mozolnym pisaniu pracy magisterskiej po godzinach pracy, nie było miejsca na realizację pobocznych celów, przyjemnostek, dążeń. Marzyłam o czasie tylko dla siebie. Po studiach nagle okazało się, że cel został osiągnięty i można odpocząć. Odpocząć? O tym myślałam przez ostatnie miesiące, wielokrotnie bliska wyrzucenia komputera przez okno, podczas wypocin nad magisterką. A tu nagle okazało się, że na odpoczynek wystarczył mi tydzień i szybko zaczęło brakować mi kolejnego celu! Obrona pracy magisterskiej odbyła się w listopadzie. Cały grudzień zleciał mi na rozmyślaniu – co dalej. Nie miałam pomysłu na kolejne cele, co było dla mnie równoznaczne z katastrofą. Z końcówką roku jednak w głowie zakiełkowało parę nowych pomysłów.

Nie będę tu zdradzać listy moich celów, ale chciałam skupić się na pewnym postanowieniu, które często na liście kobiecej się pojawia. „Schudnę” „Zacznę uprawiać sport” „Będę zdrowo się odżywiać”- znamy to chyba wszystkie. Podobne cele miały miejsce na mojej liście od kiedy pamiętam. Zazwyczaj punkt ten przechodził jako farsa na następny rok. Za każdym razem z tym samym nastawieniem – nie udało mi się wcześniej, czemu teraz miało by się udać? Tak myślałam, póki nie zdałam sobie sprawy z prawdziwego znaczenia tego postanowienia zakamuflowanego pod tymi słowami. Tak na prawdę nie chodzi tylko o wagę. Nawet nie chodzi tylko o wysmuklenie, samo „uprawianie sportu”, czy zdrowsze żywienie. Nie to jest celem końcowym. To, w jakim stanie jest nasze ciało jest odzwierciedleniem naszej psychiki. Ta z kolei lepiej funkcjonuje, jeśli nasze ciało jest przez nas kochane. A kochane jest wtedy, kiedy dobrze się w nim czujemy. To jak samonapędzająca się maszyna. Świetnie ujęła temat cielesności w ostatnim wpisie Anna na Prosty blog.

O tym, co sprawiło, że w końcu postanowiłam wziąć tyłek w troki i zabrać się za siebie w innym wpisie. Często gdzieś w naszej głowie jest chęć zmiany naszego ciała, które nie do końca nam odpowiada (z przeróżnych względów). Zazwyczaj spychamy te myśli, z wrodzonej skromności, dlatego, „bo są ważniejsze sprawy”, bo skupianie się na ciele „bywa uważane za próżne”… Wymieniać powody, które dają nam usprawiedliwienie na odpuszczenie tematu, mogłabym wymieniać do rana. Apeluję o nieodpuszczanie. „Prawdziwa wartość tkwi wewnątrz człowieka” – ktoś powie. Oczywiście, podpisuję się pod tym. Ale czy nasze ciało, a to co mamy w środku to na prawdę dwie różne sfery, nie mające ze sobą nic wspólnego? Według mnie jest zupełnie przeciwnie. Nasze ciało komunikuje się z naszą psychiką. Wysyła do niej sygnały – czego potrzebujemy, czego się boimy. Cielesne objawy nie są objawami samymi w sobie. Sygnalizują coś, co wypływa ze środka. Jeśli jesteśmy chorzy, czujemy objawy cielesne. Bywa tak, że pozornie nic nam nie dolega, ale nasze ciało jest w kiepskiej kondycji, dając do zrozumienia, że tryb życia jaki prowadzimy nie jest dla nas najlepszy. Ciało jest naszą mapą, drogowskazem, dlatego warto pracować nad umiejętnością wysłuchania go. Dzięki temu słuchamy siebie, lepiej rozumiemy własne potrzeby.

Z doświadczenia wiem, że zmobilizowanie się, oprócz dzikiej satysfakcji, daje zwyczajny fun. Widzę jak zmienia się moje ciało i to jest dla mnie wyznacznikiem energii i pracy poświęconej w realizację danego celu. Sprawia, że czuję się silniejsza psychicznie – nie tylko dlatego, że według mnie wyglądam lepiej, ale również dlatego, że mogę być z siebie dumna – postanowiłam sobie coś, co sukcesywnie realizuję. Dążę do celu, nie osiadam na laurach, nie potrzebuję wymówek, by przerzucić n-ty już raz niezrealizowany punkt z listy postanowień na kolejny rok z nadzieją, że może tym razem się uda. Praca nad ciałem jest również pracą nad psychiką i własnymi słabościami.

Ktoś kiedyś powiedział „Nie rezygnuj z celu, gdy osiągnięcie go wymaga czasu…czas i tak upłynie.” To zdanie stało się niedawno moim mottem, które staram się stosować w każdej sferze życia. Nigdy nie byłam wytrwała, jeśli nie mogłam mieć czegoś już lub w najbliższej przyszłości – szybko się poddawałam. Dalej z tym walczę. Nad tym właśnie chcę pracować. Moje postanowienia tegoroczne w większości wymagają czasu i wytrwałości.

PS. Ten wpis miał być o wiele krótszy ;)

Agnieszka

Habibi Adventures

Adventurous life of an international family

creativita

żyj kreatywnie | pracuj online & podróżuj | rozwijaj swój biznes online

Sparc media

REKLAMA ONLINE, RTB, PROGRAMMATIC BUYING

aga moleda

sketchbook

kobieta pracująca

czyli życie codzienne kobiety torontońskiej na początku XXIw.

Freshome.com

Interior design ideas, home decorating photos and pictures, home design, and contemporary world architecture new for your inspiration.

Love in the City of Lights

memoirs, musings and travels of a hopeful romantic in Paris