Archiwum

Podróże

Kiedy jedziesz do Włoch, oczekujesz, że po długiej podróży i zmaganiach w słońcu zasiądziesz wieczorem w knajpce przy jednej z wąskich uliczek i spróbujesz wspaniałych włoskich rozpływających się w ustach popisów kulinarnych, popijając je świeżym, zimnym i lekko musującym winem. Niestety, czasami czar pryska w momencie, gdy jedzenie ląduje na naszym stole (czasem nawet wcześniej). Nawet we Włoszech!

Jak Kasia wspomniała w poprzednim wpisie, ostatnio zrobiłyśmy sobie wspólny przedłużony weekend w Rzymie. To nasza kolejna wizyta we Włoszech, jako, że mamy sentyment do tego kraju i jego różnorodnych regionów oraz wspólnej dla każdego z nich atmosfery :) Ci, którzy ten sentyment podzielają, wiedzą o czym piszę.

Kasia leciała z Londynu, a ja z Krakowa, spotkałyśmy się na miejscu – na lotnisku w Rzymie Ciampino. Szybko odnalazłyśmy odpowiedni transport do miejsca, w którym zaplanowałyśmy nocleg, niemal w samym centrum Rzymu (lecz w mało turystycznej dzielnicy) Monti.

Na miejscu byłyśmy po godzinie 20, więc oczywiście byłyśmy zgodne co do planu początkowej eksploracji – zostawiamy rzeczy w hotelu, idziemy na spacer po najbliższej okolicy w poszukiwaniu po drodze miejsca dobrego na naszą pierwszą od dawna włoską kolację :)

Po jakimś czasie nogi same poniosły nas w kierunku słynnej fontanny w artystycznym Monti -Piazza Madonna ai Monti (świetne zdjęcia z tej okolicy możecie obejrzeć, np. tutaj), które jest lokalnym miejscem spotkań (zwłaszcza wieczornych). Gdy tam przyszłyśmy, od razu wiedziałyśmy, że to TU. Przy samym placu są 3 restauracje. Tego wieczora, zdecydowałyśmy się (ze względu na niecierpliwość i chęć szybkiego zasmakowania włoskich pyszności) na kolację w jednej z nich, właściwie najbardziej zatłoczonej, co miało było dla nas zwiastunem dobrego jedzenia.

DSC_4822

jedna z 'nietypowych' restauracji w Monti w Rzymie

jedna z ‚nietypowych’ restauracji w Monti w Rzymie

Fontanna w dzielnicy Monti

Fontanna w dzielnicy Monti

Podsumowując, te niecałe 4 dni cały nam świetną lekcję selekcji włoskich restauracji/knajpek z jedzeniem.

Na 5 podejść do różnych restauracji, zaliczyłyśmy 4 zjedzone potrawy (z jednego miejsca ewakuowałyśmy się jeszcze zanim podano nam jedzenie i w ogóle porządnie obsłużono), z czego 2 były na prawdę udane (w szczególności jedna), 1 (pierwszego wieczora) w miarę przyzwoita, a 1 to totalna klapa.

Jeśli jesteś we Włoszech i trafisz na niedobre jedzenie, Twój nastrój spada o kilka kresek w dół (zwłaszcza jeśli jesteś takim smakoszem jak my, a jedzenie podczas podróży traktujesz jako część rytuału).

A więc, szlakiem naszych kulinarnych rzymskich potraw:

1 wieczór : zatłoczona knajpka przy fontannie na Piazza Madonna ai Monti, z siedzeniami na zewnątrz. Dobre jedzenie, lecz małe porcje.

DSC_4796

2 wieczór: Trastevere i 2 podejścia. Pierwsze z nich, w knajpce wyglądającej na bardzo przyjemną, dość zatłoczoną (ale przecież jeśli jest dużo ludzi, to przynajmniej teoretycznie spodziewamy się dobrego jedzenia, prawda?). Na zewnątrz uwidocznione było pokaźne menu, gdy tylko podeszłyśmy do niego popatrzeć, na co ewentualnie można by się skusić, przypałętał się do nas restauracyjny ‚naganiacz’, który obskakiwał nas dookoła, namawiając do wejścia. Co drugie jego słowo wplatał  ‚beautiful girls!’ i kalecząc język próbował wydukać z siebie kilka polskich słów, których nauczył się zapewne od klientów. Jego zaloty raczej nas zniechęciły, ale postanowiłyśmy dać szansę temu miejscu, zwłaszcza, że wyglądało obiecująco. Długo sterczałyśmy przy stoliku, z burczącymi brzuchami, obserwując jak naganiacz przyciąga coraz więcej ludzi [znów Polaków! Sic!]. W końcu postanowiłyśmy się ewakuować. Nikt nie zauważył naszego odejścia.

Ucieczka okazała się zbawienna, gdyż natrafiłyśmy na cudowne miejsce w jednej z wąskich uliczek Travestere, w którym zjadłyśmy najlepszą kolację podczas całego naszego wyjazdu!

DSC_4800

DSC_4801

DSC_4803

3 wieczór: Cały dzień chodzenia, zwiedzania i popołudnie w nadmorskiej Ostii. Miałyśmy nadzieję na świeży kąsek ryby, lecz nie udało nam się znaleźć miejsca, które by nas uradowało, więc głodne i zmęczone wróciłyśmy późnym wieczorem do Rzymu, lądując na tym samym placu Montii, co podczas pierwszego wieczora. Nie wiem co nas podkusiło (głód zapewne), ale tym razem siadłyśmy na zewnątrz w jednej z trzech knajpek przy placu, przy którym było najmniej ludzi. Obrusy w kratę, zdjęcia potraw na szybie i migający neon „Bar” raczej nas odstręczał, ale postanowiłyśmy dać mu szansę. W końcu jest przy mega ruchliwym placu, przy którym spotykają się Włosi. A poza tym czasem takie niepozorne miejsca zaskakują pysznym jedzeniem! Niestety, nie tym razem. Kelnerka okazała się gburliwą jędzą, która chyba doskonale wiedziała, że pracuje w miejscu, w którym optymizm nie byłby fair wobec gości. Gdy siadałyśmy przy stoliku, w tym miejscu była jeszcze jedna para.

Po tym jak zasiadłyśmy, zaczęło przychodzić coraz więcej ludzi. Prawo przyciągania – jeśli widzisz pustą restaurację, nie chcesz tam wejść, ale im więcej ludzi, tym bardziej przekonany jesteś, by spróbować, sądzisz, że dużo gości to gwarancja smaku i jakości. Obie zamówiłyśmy standardowe spaghetti (pomodoro), przed podaniem którego dostałyśmy suchy chleb (łaaaat?). Zamówiłyśmy po lampce wina i już przeczuwałyśmy zbliżającą się katastrofę kulinarną.

Po jakimś czasie (zbyt krótkim, co nie jest dobrym zwiastunem w restauracjach) podano nam rozgotowane spaghetti pływające w czymś w rodzaju pomidorowej zupy. Klapa. Czegoś takiego bym się we Włoszech nie spodziewała, a jednak. Na dobitkę, po poproszeniu o rachunek gburliwa kelnerka wyrecytowała nam kwotę do zapłacenia, nie dając żadnego rachunku, nic. Żeby było tego mało, stała koło nas, czekając aż zapłacimy.

Złe, rozgoryczone i z podrażnionymi żołądkami opuściłyśmy miejsce, lecz by poprawić sobie nastrój, ostrzegłyśmy nowych gości, którzy rozważali właśnie zasiadanie do stolika w tym miejscu: Don’t eat here….  wyszeptałam do mężczyzny stojącego przed knajpką i rozkładającego wzrokiem menu na części pierwsze. Oh, don’t  eat here? powtórzył. Kasia dodała na dobitkę: This place is a nightmare!
Thank you! – 
wykrzyknęła uradowana kobieta, która była razem z nim. Dobry uczynek spełniony, rozgoryczenie lekko ugaszone.

Przez chwilę miałyśmy ochotę postać tam jeszcze chwilę i odstraszyć jeszcze paru klientów (w końcu to dzięki naszej obecności przysiadło się kilku nowych gości, których zresztą reakcje po spróbowaniu jedzenia miałyśmy okazję obserwować i było to coś w rodzaju grymasu po nieudanym seksie).

4 wieczór (a raczej popołudnie): Tego popołudnia miałyśmy lot powrotny, dlatego zależało nam by znaleźć miejsce z obiadem, który nasze kubki smakowe i żołądki zapamiętają dobrze. Upał nie odpuszczał, dlatego nie miałyśmy siły na długie szlajanie się po Rzymie, ale wyeksplorowałyśmy okolicę ponownie, włócząc się po uliczkach, których jeszcze nasze nogi nie niosły, popijając włoskie cappuccino, robiąc zdjęcia, jedząc lody. Na obiad obrałyśmy miejsce w okolicy naszego hotelu (znów Monti), które wyglądało bardzo niepozornie, lecz jedzenie okazało się bardzo dobre (i duuuże porcje).

***

Nie powiem, żeby nasze menu były jakoś szczególnie urozmaicone podczas pobytu, dominowały makarony (jego różne odmiany), ale popróbowanie włoskich sposobów przyrządzania makaronów to jednak też nie lada frajda.

OK, a więc wzbogacone wiedzą i pozytywnymi/negatywnymi doświadczeniami obrałyśmy parę zasad doboru miejsca na kolację:

1. Czy w restauracji są ludzie? Jeśli tak to zwróćcie uwagę czy są to turyści czy Włosi. Jeśli w miejscu gwarno jest od włoskich dyskusji, jest 99% szans, że miejsce to serwuje wyśmienite jedzenie. Włosi doskonale wiedzą, gdzie dobrze zjeść. Turyści niekoniecznie.

2. Zdjęcia potraw na drzwiach restauracji – to w większości przypadków zły zwiastun. Dobre jedzenie broni się samo.

3. Migające neony… omijajcie z daleka.

DSC_4915

DSC_4919

DSC_4759

DSC_4669

iced coffee

to dostaniesz, gdy w Rzymie poprosisz o „iced coffee” :) Spodziewałyśmy się wielkiego pucharu z kawą i lodami, tymczasem zimne słoedkie espresso z kostką lodu, podane w kieliszku. Orzeźwiające!

DSC_4629

Agnieszka

Na poczatku chcialabym Was przeprosic za brak polskich znakow w tym tekscie. Poprzednie posty pisalam na moim starym komputerze ktory przywiozlam jeszcze z Polski. Komputer niestety przestal funkcjonowac jakis czas temu i obecnie uzywam angielskojezycznej klawiatury.

Wracam wiec do planowanego tematu. Tydzien temu wybralysmy sie z siostra na kilka dni do Rzymu. Nasz styl zwiedzania (bo bylysmy razem juz w roznych zakatkach Europy kilkakrotnie) zazwyczaj wyglada podobnie. Nie biegamy jak szalone z przewodnikiem z lista miejsc – punktow do ‚zaliczenia’, odhaczenia. Owszem, zazwyczaj wiemy co chcemy zobaczyc, co ewentualnie pominac i mamy ogolny plan i wizje podrozy. Obca nam jednak jest idea obejrzenia wszystkich oczywistych atrakcji turystycznych w kilka dni i zaplanowanej kazdej godziny.

Tak tez bylo tym razem – owszem, zwiedzilysmy okolice Placu Hiszpanskiego i schodow oraz fontanny Di Trevi ale znalazlysmy rowniez czas by pokrecic sie po waskich, nieco ukrytych uliczkach w okolicy i zatrzymac sie na mrozone espresso serwowane, nietypowo, w kieliszku do szampana. Reszte popoludnia spedzilysmy wloczac sie leniwie po miejscu gdzie Rzymianie lapia oddech w weekendy – Villa Borghese. Piekny, ogromny park – ogrod z ciekawa architektura, fauna i flora. Sama droga powrotna piechota do dzielnicy Monti w ktorej sie zatrzymalysmy rowniez dostarczyla nam niesamowitych wrazen. Wieczorem wloczenie sie po malowniczym Trastevere nad Tybrem i oczywiscie makaron…

Nastepnego dnia bylo podobnie – dosc gruntownie zwiedzilysmy Koloseum i Forum Romanum bo nam na tym zalezalo ale reszte popoludnia i wieczor spedzilysmy na plazy w Ostii gdzie ‚przetrawialysmy’ dotychczasowe obserwacje i wrazenia. 

Kolejny dzien uplynal na niespiesznym wloczeniu sie po Monti, atmosferycznej (podobno najstarszej wedlug niektorych zrodel) dzielnicy Rzymu. Kawa, zagladanie do lokalnych sklepikow, kolejna kawa.

Zobaczylysmy sporo, ale wiele rzeczy musialysmy pominac (np. Watykan) aby te miejsca, na ktorych nam zalezalo, zobaczyc dokladnie lub po prostu sie powloczyc po mniej znanych zakatkach i nasiaknac lokalna atmosfera. Mam znajoma, ktora opowiadala mi ze podczas pobytu w Rzymie biegala z przewodnikiem i odhaczala punkty z listy aby ‚wszystko’ zobaczyc. Powiedziala ze nie miala czasu po prostu usiasc z filizanka cappucino by sprobowac lokalnej kawy i poobserwowac ludzi, ruch uliczny, przyswoic to co juz zobaczyla. Nie oceniam tego typu zwiedzania ale wiem, ze ja bym w ten sposob nie mogla podrozowac. Podroz staje sie wtedy swego rodzaju obowiazkiem i przestaje byc przyjemnoscia. Kiedy ma sie gotowy plan z kazda godzina wypelniona, przestaje sie byc otwartym na ewentualne zmiany i obserwacje. Wiem rowniez z dawnych doswiadczen ze tego rodzaju ‚napakowane’ zwiedzanie jest sila rzeczy powierzchowne. Nie ma takiej mozliwosci by poznac miasto wielkosci Rzymu czy Paryza w 4-5 dni. Lepiej zobaczyc czesc, a reszte zachowac na nastepny raz – bedzie po co wrocic.

A Wy, jak Wy lubicie podrozowac?

 

Kasia

W Krakowie żyję od ponad 2 lat, choć już wcześniej miasto to było mi bardzo bliskie. Teraz wiąże mnie z nim praca, przyjaciele, miłość, a do niedawna wiązały również studia.

Moje postanowienie noworoczne (jedno z wielu – jak co roku) to eksploracja krakowskich zakątków, tak gdyby było miastem, do którego przyjechałam w roli podróżnika.

Zastanawiające, że jeśli jedziemy w obce miejsce na kilka dni, spinamy się by zobaczyć jak najwięcej w jak najkrótszym czasie, nie omijając żadnej uliczki, muzeum, placu, ani kawiarni. Natomiast w mieście, w którym mieszkamy, takie sprawy odkłada się na później. Owszem, oczywiście liczne spacery krakowskimi uliczkami, odkrywanie nowych kawiarenek, przesiadywanie nad Wisłą (nie wspominając o turystycznych „must visit” – Wawel, Sukiennice itp.) były obowiązkowymi punktami pierwszych miesięcy mieszkania w tym mieście, jednak mam wrażenie, że to wciąż mało. Tak więc w tym roku, póki jeszcze nie wywiało mnie w inne miejsce muszę poznać Kraków. Aparat w dłoń i w drogę. Kilka fotografii z zeszłego roku – z okresu wczesnojesiennego odnalazłam i dzielę się nimi poniżej.

Pamiętam mój pierwszy wieczór – choć bywałam tu już wcześniej wielokrotnie u przyjaciół, pierwsza noc w roli „mieszkanki” Krakowa była osobliwa. Po pobieżnym wypakowaniu rzeczy wskoczyłam w tramwaj jadący do centrum i pognałam na Rynek, by napawać  się widokiem miasta, które od tej pory miało być moim domem. Nie mogłam się nasycić świadomością, że otwiera się przede mną nowy rozdział, czułam, że pewne drzwi za sobą zamknęłam, a otworem stoją nowe, których progu jeszcze nie przekroczyłam. Już chciałam wiedzieć co mnie czeka, jakich ludzi poznam, co będę tam robić…

Agnieszka

Do tej pory nie wiem, czym jest dla mnie ‚wymarzony dom’, choć wciąż o nim marzę. Wyobrażam sobie, jak urządziłabym kuchnię, jaki mieszkanie powinno mieć układ, kolory ścian. Lubię te wyobrażenia, ale gdy próbuję zastanowić się, gdzie to miejsce mogłoby się znajdować – popadam w dysonans. Własne mieszkanie w Krakowie to byłoby coś, ale często sięgam myślami w zupełnie inne strony.

Nie wiem czy istnieje faktycznie coś takiego jak „własne miejsce na ziemi”, czy po prostu to my oswajamy sobie miejsca i  nazywamy je domem. Coś jednak sprawia, że w niektórych czujemy się jak w domu (nawet jeśli jesteśmy tam tylko przez chwilę), a w innych zupełnie obco (przebywając tam latami). Być może z miejscami jest jak z ludźmi – albo nić porozumienia jest albo jej nie ma?

Nie doszłam jeszcze do tego gdzie jest m o j e miejsce, ale w zależności od dnia moja wyobraźnia kreuje inne obrazy. Prawdę mówiąc, by się o tym przekonać, chciałabym pomieszkać kilka lat w różnych miejscach świata. Frances Mayes (autorka znanego Pod Słońcem Toskanii) w książce Rok w Podróży, opisała swoją roczną wyprawę z mężem, składającą się z dwunastu podróży.  Autorka roztrząsa tam wspomnianą przeze mnie już wcześniej „zagadkę domu” i stara się znaleźć odpowiedź na pytanie, w jaki sposób miejsce zamieszkania wpływa na mentalność ludzi i ich charaktery. Przyznam, że zagadnienie to fascynuje mnie coraz bardziej, dlatego pewnie książkę czytam już po raz drugi.  Mayes w każdym z odwiedzanych miejsc stara się też odpowiedzieć na pytanie „Czy mogłabym tu zamieszkać?”.

Marzy mi się, by wyruszyć w taką podróż, która pozwoliłaby mi zadawać sobie takie pytania. Wierzę, że kiedyś się to spełni (może szybciej niż mi się wydaje?), a wtedy będę tu relacjonować tu moje wojaże i przemyślenia z barwnymi fotografiami (ah)!

W zależności od pory dnia i nocy, humoru i stanu wyobraźni marzy mi się, by pobyć w kilku różnych miejscach. Gdybym miała wybierać na pierwszy rzut poszłaby Szwecja lub Norwegia. Dzika wspaniała natura, ciekawe miasta i architektura. Jako, że należę do istot z natury niezdecydowanych, nie wiem czy wolałabym mieszkać w dużym mieście, czy w małej uroczej wiosce. Jak znam siebie to ta druga opcja szybko wyszłaby mi bokiem.

Idąc dalej, dla odmiany – Włochy. Fascynują mnie, tamtejszy klimat, ludzie, jedzenie, mentalność. Widoki, ulice, pomniki, placyki. Sklepiki, gościnność, targi, plaże. Długo by wymieniać, nie omieszkam jeszcze nie raz o tym wspomnieć, niemniej jednak zamieszkanie w toskańskim domku (z ogrodem, koniecznie!) to wizja, która nachodzi mnie w chwilach szczególnego zmęczenia polską codziennością. Kieliszek wina, pyszne sery, słońce nad głową, zapach winogron i grono znajomych – idylliczne, ale sama myśl poprawia nastrój.

Francja, a konkretnie Paryż, przynajmniej na 3 miesiące celem inspiracji, przemierzając szlaki artystów, udając paryżankę i motywując siebie samą do twórczej pracy, fotografii. Ostatnio marzy mi się też New York – no, minimum pół roku, głównie z ciekawości. W końcu doszlifowałabym angielski, którego uczę się przecież prawie całe życie, a wciąż zdarza mi się robić błędy na poziomie gimnazjalisty. Tu marzy mi się niewielki loft w jednej z nowojorskich kamienic. Wychodziłabym rano z aparatem, kawą na wynos (to takie nowojorskie…) i i łapała obrazy skąd się tylko da : ) Może jeszcze… Singapur – miasto tak odległe, a tak bliskie, tak wielokulturowe. Londyn – uwielbiam. W Australii też bym się chętnie zagnieździła, może być na krótko. No i nie powiem, Japonia też kusi swoją odmiennością, choć tam wyruszyć chyba miałabym największe obawy.

A do tego najlepiej by konto zasilało się samo i żebym mogła pracować dla przyjemności z każdego miejsca na świecie,

tyle godzin dziennie ile chcę, hah ; )

Schodzę na ziemię, ale przyznam, że uwielbiam rysować w głowie takie wizje.

Tymczasem… ku inspiracji.

tuscan garden

tuscan garden

London

London house

NY

NY

Paris

Paris

Agnieszka

Habibi Adventures

Adventurous life of an international family

creativita

żyj kreatywnie | pracuj online & podróżuj | rozwijaj swój biznes online

Sparc media

REKLAMA ONLINE, RTB, PROGRAMMATIC BUYING

aga moleda

sketchbook

kobieta pracująca

czyli życie codzienne kobiety torontońskiej na początku XXIw.

Freshome.com

Interior design ideas, home decorating photos and pictures, home design, and contemporary world architecture new for your inspiration.

Love in the City of Lights

memoirs, musings and travels of a hopeful romantic in Paris