Archiwum

Author Archives: Katarzyna

Mizoginia to w powszechnym rozumieniu niechęć mężczyzn do kobiet. Jak podaje Wikipedia ” Mizoginia lub mizoginizm (grec. μῖσος, misos – nienawiść, γυνή, gyne – kobieta) – nienawiść albo silne uprzedzenie w stosunku do płci żeńskiej”. Mizogin to niekoniecznie mężczyzna który głośno wyraża swoją niechęć do płci przeciwnej lub jej unika. Często posiada on żonę i nawet córki. Mizogin to osobnik który uważa, że kobietom przypadają określone, bazujące na stereotypach role i obowiązki. Mizogin uwielbia uogólnienia. Nie odnosi się on do konkretnej kobiety ale do kobiet w ogóle. Na ten temat można by napisać obszerny post i kiedyś pewnie to zrobię. Nie o męskim mizoginiźmie jednak chciałam dzisiaj.

Jakiś czas temu zaobserwowałam pewne niepokojące zjawisko. Kobiecy mizoginizm. Kobieta która z pogardą lub brakiem zaufania odnosi się do przedstawicielek własnej płci. Świadomie lub nie. Przykład z życia – kilka tygodni temu mój szef został przeniesiony do innego oddziału firmy. Ponieważ wciąż nie wiadomo, kto pojawi się na jego miejsce, jakiś czas temu z koleżanka z którą dzielę biuro zaczęłyśmy gdybać na temat ewentualnych kandydatur.
W pewnym momencie ta właśnie koleżanka (która sama jest na kierowniczym stanowisku) rzuciła „mam nadzieję że nie dostaniemy szefa kobiety”. Zapytałam ją skąd ten komentarz. Odpowiedziała że „wiesz jakie kobiety potrafią być”. Nie wiedziałam. Powiedziałam jej że sama jest kobietą. Nie umiała tego uzasadnić, wspomniała coś o nastrojach i że wolałaby mieć za szefa mężczyznę. Zapytałam czy mężczyzna nie może być humorzasty i być plotkarzem jak na przykład G. (pracujemy z takim właśnie „kolegą”, notabene również na kierowniczym stanowisku). Odpowiedziała ze owszem, może. Na koniec przyznała mi rację, bez przekonania jednak; pobiła ją po prostu siła argumentów i konkretnych przykładów jakie jej podałam. Problem w tym, że koleżanka nie odniosła się w swoim komentarzu do konkretnej kobiety, np. „nie chcę Anny za szefa bo jest porywcza i strasznie plotkuje”. Oparła swoją wypowiedz na stereotypach które są w niej głęboko zakorzenione. Koleżanka ta jest z wykształcenia psychologiem i inteligentną kobietą i wydawałoby się że jest bardziej świadoma procesów myślowych jakie w niej zachodzą. A tu zaskoczenie.

Tego typu sytuacje można mnożyć. Matki powątpiewające w umiejętności swoich córek (mama koleżanki po jej rozstaniu z facetem – „no ale jak ty tak sama sobie teraz poradzisz”), kobiety powątpiewające w swoją własną siłę i prawa. Czy macie podobne doświadczenia lub obserwacje?

Kasia

Reklamy

Zastanawiam sie ostatnio nad fenomenem tak zwanych ‚hipsterow’. Chyba wiekszosc z nas slyszala gdzies to okreslenie, najczesciej nacechowane negatywnie. Wlasciwie co ono w ogole znaczy? Do jakiej grupy sie to pojecie odnosi i czy w ogole cokolwiek definiuje?

Jak podaje Wikipedia:

‚Hipster to przedstawiciel współczesnej subkultury, funkcjonującej zarówno wśród nastolatków, jak i ludzi po 20. i 30. roku życia i starszych. Wyznacznikiem stylu hipsterów jest deklarowana niezależność wobec głównego nurtu kultury masowej (tzw. „mainstreamu„) i ironiczny stosunek do niego oraz przesadne akcentowanie swojej oryginalności i indywidualności[1]. Hipsterzy silnie podkreślają swój wizerunek, rozumiany zarówno poprzez wyrazisty i „artystyczny” strój (m. in. w stylu vintage), jak i poprzez wyjątkowe, nieszablonowe zainteresowania. Pośród hipsterów ceniona jest deklarowana niezależność myślenia, zajmowanie się twórczością artystyczną, zainteresowanie niszowymi formami kultury, w tym muzykąfilmem niezależnym itd.’

Definicja Nonsensopedii jest nieco ogolniejsza:

‚Hipster, także hepster (łac. Hipsterus sophisticatus) – odmiana człowieka. Jego cechy charakterystyczne są tak wyrafinowane, że nikt właściwie nie jest pewien, jak wyglądają. Za punkt honoru postawił sobie oryginalność. Tak oryginalny, że w skali oryginalności od 1 do 10 jest siedemnastką, a jego odbicie w lustrze chciałoby wyglądać tak jak on. Sporo takich ludzi widuje się w Wielkiej BrytaniiUSA, w Niemczech i w innych Holandiach. Ich środowiskiem jest tylko i wyłącznie miasto, gdzie indziej zginą z braku ekologicznej żywności i ciuchów z second-handu. Hipster przede wszystkim jest indywidualistą. Prawdziwy hipster nigdy nie skaleczył się komercją i brzydzi się tobą.[1] Szczytowym osiągnięciem hipstera, swego rodzaju nirwaną, jest całkowite wyzbycie się swojej osobowości i stanie się przeciwieństwem każdego dookoła.’

Gdy slysze slowo ‚hipstersi’ z ust znajomych lub czytam o nich w gazetach, wystepuje ono zazwyczaj w rozumieniu zblizonym do definicji Nonsensopedii, czyli dosc negatywnym. Ukryte potoczne znaczenie mozna tlumaczyc wedlug mnie  jako ‚pozer’. Nie znam nikogo, kto chcialby byc okreslony jako hipster i nikogo kto sam siebie zidentyfikowalby jako takiego. Co ciekawe, wiele definicji hipstera, w tym ta Nonsensopedii, oprocz pewnych cech charakteru opisuje takze wyglad zewnetrzny. I tak na przyklad wedlug tych opisow hipster to ktos kto miesza wiele stylow, nosi jaskrawe trampki, materialowe torby, obcisle jeansy i okulary, nawet jesli nie ma wady wzroku. Uwielbia ubrania vintage i second hand. Choc jego wyglad jest starannie dopracowany i przemyslany, nigdy sie do tego nie przyzna gdyz chce wydawac sie ‚cool’. Spotkalam sie rowniez z teoria ze hipstersi to dzieci bogatych rodzicow, ktorzy udaja biednych, poczatkujacych artystow lub studentow i czesto wprowadzaja sie do tanich dzielnic wielkich miast, ktore w rezultacie staja sie modne, wiec ceny mieszkan ida w gore i co za tym idzie, ludzie ktorzy mieszkali w tej okolicy przez lata, czesto od urodzenia, nie moga sobie pozwolic na dalsze mieszkanie w danym miejscu i musza sie wyprowadzic. Taka sytuacje obserwuje np. w Londynie w dzielnicy Hackney, ktora nie dalej jak 10 lat temu byla dosc tania dzialnica zamieszkiwana przez miejscowych i studentow. Obecnie okolica ta jest popularna wsrod 20 i 30 latkow, czesto z pensjami sporo powyzej sredniej krajowej i artystycznymi zawodami lub zainteresowaniami. Podobno w Berlinie w niektorych jeszcze nie ‚modnych’ dzielnicach, mozna natknac sie na napisy na scianach budynkow gloszace ‚No hipsters’.

Sama do konca nie wiem co myslec o samym zjawisku i czy w ogole mozna to okreslic jako zjawisko gdyz jestem przeciwna wrzucaniu wszystkich do jednego worka. Czy jesli interesuje sie niszowymi formami kultury ale niekoniecznie podkreslam to swoim wygladem (nie nosze ubran vintage, okularow zerowek itd, itp) to mozna powiedziec o mnie hipster czy nie? Moje wlasne rozumienie jest takie, ze hipster to ktos kto udaje kogos kim nie do konca jest. Wedlug mnie afiszowanie sie danymi zainteresowaniami jest tym co sklada sie na definicje hipstera. Nie nazwalabym hipsterem nikogo, kto autentycznie pasjonuje sie niszowa muzyka skandynawska a nie slucha jej tylko dlatego ze jest ‚cool’. Podobnie ktos kto naprawde lubi kino niezalezne czy eksperymentalne. Jednak zauwazylam, ze niektorzy nazywaja hipsterami wszystkich, ktorzy interesuja sie i przedkladaja niezalezne, mniej znane formy kultury czy hobby nad te ‚ogolnie’ praktykowane.

Jak uwazacie, jakie jest Wasze rozumienie tej definicji i doswiadczenia? Jestem bardzo ciekawa!

Kasia

Na poczatku chcialabym Was przeprosic za brak polskich znakow w tym tekscie. Poprzednie posty pisalam na moim starym komputerze ktory przywiozlam jeszcze z Polski. Komputer niestety przestal funkcjonowac jakis czas temu i obecnie uzywam angielskojezycznej klawiatury.

Wracam wiec do planowanego tematu. Tydzien temu wybralysmy sie z siostra na kilka dni do Rzymu. Nasz styl zwiedzania (bo bylysmy razem juz w roznych zakatkach Europy kilkakrotnie) zazwyczaj wyglada podobnie. Nie biegamy jak szalone z przewodnikiem z lista miejsc – punktow do ‚zaliczenia’, odhaczenia. Owszem, zazwyczaj wiemy co chcemy zobaczyc, co ewentualnie pominac i mamy ogolny plan i wizje podrozy. Obca nam jednak jest idea obejrzenia wszystkich oczywistych atrakcji turystycznych w kilka dni i zaplanowanej kazdej godziny.

Tak tez bylo tym razem – owszem, zwiedzilysmy okolice Placu Hiszpanskiego i schodow oraz fontanny Di Trevi ale znalazlysmy rowniez czas by pokrecic sie po waskich, nieco ukrytych uliczkach w okolicy i zatrzymac sie na mrozone espresso serwowane, nietypowo, w kieliszku do szampana. Reszte popoludnia spedzilysmy wloczac sie leniwie po miejscu gdzie Rzymianie lapia oddech w weekendy – Villa Borghese. Piekny, ogromny park – ogrod z ciekawa architektura, fauna i flora. Sama droga powrotna piechota do dzielnicy Monti w ktorej sie zatrzymalysmy rowniez dostarczyla nam niesamowitych wrazen. Wieczorem wloczenie sie po malowniczym Trastevere nad Tybrem i oczywiscie makaron…

Nastepnego dnia bylo podobnie – dosc gruntownie zwiedzilysmy Koloseum i Forum Romanum bo nam na tym zalezalo ale reszte popoludnia i wieczor spedzilysmy na plazy w Ostii gdzie ‚przetrawialysmy’ dotychczasowe obserwacje i wrazenia. 

Kolejny dzien uplynal na niespiesznym wloczeniu sie po Monti, atmosferycznej (podobno najstarszej wedlug niektorych zrodel) dzielnicy Rzymu. Kawa, zagladanie do lokalnych sklepikow, kolejna kawa.

Zobaczylysmy sporo, ale wiele rzeczy musialysmy pominac (np. Watykan) aby te miejsca, na ktorych nam zalezalo, zobaczyc dokladnie lub po prostu sie powloczyc po mniej znanych zakatkach i nasiaknac lokalna atmosfera. Mam znajoma, ktora opowiadala mi ze podczas pobytu w Rzymie biegala z przewodnikiem i odhaczala punkty z listy aby ‚wszystko’ zobaczyc. Powiedziala ze nie miala czasu po prostu usiasc z filizanka cappucino by sprobowac lokalnej kawy i poobserwowac ludzi, ruch uliczny, przyswoic to co juz zobaczyla. Nie oceniam tego typu zwiedzania ale wiem, ze ja bym w ten sposob nie mogla podrozowac. Podroz staje sie wtedy swego rodzaju obowiazkiem i przestaje byc przyjemnoscia. Kiedy ma sie gotowy plan z kazda godzina wypelniona, przestaje sie byc otwartym na ewentualne zmiany i obserwacje. Wiem rowniez z dawnych doswiadczen ze tego rodzaju ‚napakowane’ zwiedzanie jest sila rzeczy powierzchowne. Nie ma takiej mozliwosci by poznac miasto wielkosci Rzymu czy Paryza w 4-5 dni. Lepiej zobaczyc czesc, a reszte zachowac na nastepny raz – bedzie po co wrocic.

A Wy, jak Wy lubicie podrozowac?

 

Kasia

Zastanawiam się ostatnio nad zagadnieniem tak zwanej strefy komfortu. Ile razy mieliśmy ochotę podjąć sie jakiegos zadania ale nie pozwoliły nam na to nieśmiałosć, lęk przed porażką, lenistwo lub brak czasu (jako wymówka). Wymieniac można by w nieskonczoność. Większosć z nas obraca się we własnej, węższej lub szerszej strefie. Składają się na nią między innymi – określone grono znajomych, ulubione miejsca i sposoby spędzania wolnego czasu oraz posiadane przez nas umiejętności. Traktujemy to jako coś naturalnego i zazwyczaj nie zastanawiamy się nad tym.

Uświadomiłam sobie to jakis czas temu, kiedy koleżanka na moje pytanie czy pojdzie ze mna na imprezę odpowiedziała że przeciez nikogo tam nie zna i nie bedzie miała z kim porozmawiac a przeciez nie chce na mnie ‚wisieć‚ przez cały wieczór. To klasyczny przykład niechęci wyjscia ze strefy komfortu. A przeciez mogła poznać nowych ludzi i nawet zawrzeć jakaś przyjazn czy choćby tylko podyskutować na ciekawy temat z nieznaną jej wczesniej osobą.

Tego typu sytuacje i przykłady mozna mnożyć. Strach przed probowaniem nowych rzeczy, porzuceniem wykanczajacej nas psychicznie pracy, nauką nowego jezyka lub zapisanie się na kolejne studia. Mysle ze gdy zdamy sobie sprawę z własnej strefy komfortu i okreslimy jej granice, łatwiej bedzie nam ją przekraczać czy chocby próbować. Inaczej stoimy w miejscu i hamujemy własny rozwój. To nie musza być spektakularne wydarzenia – czasem wystarczy zacząć od spróbowania nieznanej potrawy.

Jestem ciekawa Waszych opinii i komentarzy – czy komuś z Was udaje sie regularnie wychodzić z wlasnej strefy komfortu?

 

Katarzyna

Od dłuższego czasu zastanawia mnie temat ‘etykietek’, za pomocą których ludzie podpinają innych pod pewne kategorie. Jakiś czas temu moja Przyjaciółka wyszła za mąż
i jak zwykle kiedy jestem w Polsce spotkałyśmy się na kolację. W pewnym momencie powiedziała, że przed naszym spotkaniem jej mama niby w żartach rzuciła ‘No ale mężatce nie wypada włóczyć się po knajpach’. Pozwolę sobie dodać że Mama mojej Przyjaciółki jest naprawdę świetną, otwartą babką i jestem pewna, że powiedziała to nie do końca serio. Ale jednak.
Przykład drugi. Podczas którejś z moich wizyt w Polsce opowiadałam komuś z dalszej rodziny, że właśnie jadę się spotkać na wino i pizzę ze znajomą która ma małe dziecko. Zaskoczenie było ogromne – jak to – ma dziecko i wychodzi spotkać się ze mną? Moje wyjaśnienia, że przecież ma męża, który po pierwsze chętnie zaopiekuje się maluchem przez parę godzin, a po drugie cieszy się że jego żona ma swoje życie i znajomych zostały przyjęte ze zdziwieniem.
Zauważyłam, że ludzie często ‘wrzucają’ innych do pewnego worka – kategorii i oczekują, że ta osoba w tym ‘worku’ pozostanie. Powyższe przykłady są dość proste i wzięte z codziennych obserwacji, ale myślę że dość dobrze ilustrują to o czym mówię. Zauważyłam że w Polsce istnieje pewna niepisana presja, by raczej z pewnych kategorii nie wychodzić. Jeśli jest się żoną, nagle można przestać funkcjonować w innych rolach społecznych, na przykład koleżanki. Jeśli kobieta staje się matką, często jest usprawiedliwiona, by przestać funkcjonować nawet w kategorii partnerki swojego męża. Nie mówiąc nawet o roli pracownicy, osoby która ma zainteresowania itp. Z pewnością w grę wchodzi tu stereotyp ‘Matki Polki’ ale myślę, że to nie wszystko. Zaliczenie kogoś to jakiejś kategorii zwalnia nas z obowiązku dalszego myślenia, analizy. Mamy kogoś ‘z głowy’, oto przykleiliśmy jemu lub jej etykietkę i nie musimy się więcej nad tym zastanawiać. Okazuje się jednak że ten typ myślenia leży w naszej naturze. Przypomina mi się pewna dyskusja z zajęć z teorii kultury i antropologii. Nasz mózg automatycznie klasyfikuje różne zjawiska i ‘odkłada’ je do specjalnych ‘przegródek’ – w ten sposób nie musimy się nad konkretną rzeczą dłużej zastanawiać i możemy zająć się czymś innym. Sama się na tym łapię. Sztuka polega na tym by sobie to uświadomić i starać nad tym popracować. Wtedy unikniemy generalizowania które ogranicza nasze myślenie i nie pozwala nam widzieć sytuacji w wielu wymiarach.

Kasia

Ilu z nas zadaje sobie regularnie pytanie :’Czy naprawdę tego chcę? Czy robię to bo czuję presję? Bo znajomi/rodzina/wiek’ itp., itd…
Od dziecka są nam wpajane wzorce zachowań, schematy myślenia, wyuczone reakcje, stereotypy. W wielu przypadkach również rodzice przenoszą na nas, często nieświadomie, swoje własne oczekiwania i niespełnione plany. Wielokrotnie przez wiele lat podążamy drogą którą kiedyś wydawało nam się że podążać chcemy dopóki nie zdamy sobie sprawy że żyjemy zgodnie z czyimś, niekoniecznie własnym, planem. Wmawia nam się że życie składa się z tzw. deadlines, że przed 25 rokiem życia powinno się ukończyć studia i wiedzieć co się chce w życiu robić, popracować kilka lat a raczej ‘zrobić karierę’, a potem przed 30. koniecznie wyjść za mąż i urodzić dziecko. Jakże często słyszymy z ust bliższych lub dalszych znajomych słowa ‘ja przed 30 chcę mieć dwójkę dzieci’ albo gorzej, w formie ogólnej i narzucającej ‘kobieta/mężczyzna przed 30 powinna/powinien…’. Gotowy przepis na późniejsze dramaty w życiu i kryzys tożsamości.

Dlaczego za wszelką cenę większość z nas stara się dopasować do gotowych wzorców? Myślę że niewielu tak naprawdę chce się wyróżniać i wzbudzać ciekawość. W grę wchodzi również chęć zadowolenia rodziny, obawa że możemy zranić uczucia bliskich, boimy się odrzucenia. Tak naprawdę złymi lub wymuszonymi wyborami skrzywdzić możemy tylko siebie.

Powyższe kwestie zaczęły mnie nurtować jakieś 7 lat temu po przeprowadzce z Polski do Londynu. Nie chodzi o to że jako osoba wyjęta z kontekstu polskości czuję się upoważniona by krytykować kraj. Bynajmniej. Wydaje mi się jednak że te 7 lat w mieście które słynie z poszanowania wolności osobistej i tolerancji dla inności pozwoliły mi spojrzeć na Polskę jako państwo w sumie dość absurdalne i…egzotyczne. Wielu moich polskich znajomych narzeka na polską mentalność a mimo to za wszelką cenę stara się dostosować do specyficznych wzorców i nakazów. Błędne koło. Przykłady można mnożyć – niewierzący biorą śluby kościelne (‘dla rodziny’), osoby gardzące instytucją małżeństwa decydują się wziąć ślub, ateiści wysyłają swoje dzieci na lekcje religii. Zazwyczaj osoby te, zapytane o powody takowego postępowania odpowiadają mniej więcej tak samo – w Polsce inaczej nie można, Polska nie jest krajem tolerancyjnym, zrobimy tak ale i tak myślimy sobie swoje, nikt nie musi o tym wiedzieć. Tylko po co robić coś w co kompletnie nie wierzymy i z czym się nie identyfikujemy? Czy nie jest tak że w dużej mierze wydaje nam się że będziemy za pewne zachowanie ‘potępieni’ przez otoczenie, choć tak naprawdę nikt dłużej by się nad tym nie zastanawiał?

Wręcz przeciwnie, pokazujemy wtedy że można być troszkę innym i nie wszyscy musimy dokonywać takich samych wyborów. Do niedawna wydawało mi się że rozumiem znajomych którzy na przykład prywatnie przyznają się do ateizmu ale chodzą do kościoła od czasu do czasu, szczególnie w święta, bo rodzina, bo sąsiedzi. Mimo że sama jako pasjonatka darwinizmu i teorii ewolucji otwarcie przyznaję się do ateizmu i uważam że byłoby nie w porządku gdybym chodziła do kościoła właśnie tylko w święta, ‘dla fajnej atmosfery’. Otóż rozmawiałam z koleżanką która obecnie również mieszka w Londynie ale wychowała się w Polsce -jako ateistka, córka i wnuczka ateistów. W małym miasteczku. Jak na Polskę – bardzo rzadkie. Oczywiście miałam do niej mnóstwo pytań, szczególnie o kwestie dyskryminacji. Była co najmniej zdziwiona. Mimo że ona i jej siostry nigdy nie chodziły na lekcje religii ani do kościoła oraz nie były ochrzczone, nigdy nie odczuły tego że są traktowane jako ‘inne’. Jej rodzice mieli przyjaciół wśród osób wierzących, podobnie jak one miały koleżanki chodzące na religię. Wybór jej rodziny był traktowany jako punkt widzenia, filozofia życia, coś co się szanuje i tyle.
Czy więc nie jest tak że robimy pewne rzeczy ze strachu i wyobrażamy sobie scenariusze sytuacji które prawdopodobnie nigdy nie dojdą do skutku a stają nam na drodze do bycia sobą i życia zgodnie z własnymi przekonaniami?

Kasia

Habibi Adventures

Adventurous life of an international family

creativita

żyj kreatywnie | pracuj online & podróżuj | rozwijaj swój biznes online

Sparc media

REKLAMA ONLINE, RTB, PROGRAMMATIC BUYING

aga moleda

sketchbook

kobieta pracująca

czyli życie codzienne kobiety torontońskiej na początku XXIw.

Freshome.com

Interior design ideas, home decorating photos and pictures, home design, and contemporary world architecture new for your inspiration.

Love in the City of Lights

memoirs, musings and travels of a hopeful romantic in Paris