Archiwum

Author Archives: AgnieszkaM.

humans of new york

Humans of New York to popularna strona internetowa, prowadzona przez Brandona.  Po tym, jak stracił pracę, postanowił przenieść się do Nowego Jorku i robić portrety obcych ludzi na ulicy. Jego mama nie była zbyt zadowolona z tej decyzji, ale z czasem okazało się to dobrą inicjatywą. Nie tylko wykonał tysiące portretów, opisał kilkadziesiąc (może już kilkaset?) historii, ale poznał wspaniałych ludzi.

Dla mnie to kolejny przykład odwagi. Ile razy każde z nas miało w głowie pomysł, który może nie miał zapisanego w sobie biznesplanu, sposoby na zarabianie, a był po prostu „projektem-ja”? Mam na myśli coś, co chcielibyśmy zrobić z serca, z odruchu. Czujemy przypływ motywacji, widzimy oczami wyobraźni wspaniałość naszej idei. Lecz mija dzień, może nawet dzielimy się pomysłem z kilkoma osobami i nasza energia gdzieś ucieka, a w jej miejsce przypływają pytania typu  „NO ALE…” (…kto to będzie czytał? …komu się to spodoba? …co ja z tego będe miał? …przecież na tym nie zarobię. …przecież się na tym nie znam …musiałbym znaleźć kogoś do pomocy. itp. itd.). Ile razy to przerabiałeś/aś?

Myślę sobie, że czasami po prostu warto dać się ponieść. Sama należę do osób, którym wpadają średnio 3 wspaniałomyślne pomysły do głowy w ciągu dnia. Jak szybko przypływają, tak szybko odchodzą. Od kilku miesięcy jednak czuję się inaczej, coś we mnie wzbiera i czuję coraz większą potrzebę realizowania swojego własnego poletka. Nawet jeśli coś ma być tylko (lub aż!) Twoją pasją, nie dającą złotówek, z czasem może okazać się to najlepszym krokiem w Twojej przyszłej karierze zawodowej. Nigdy nie wiesz kto Cię może zauważyć. Kto może potrzebować takiego kogoś jak Ty. Lub jak potoczą się Twoje historie. Myślę, że grunt to po prostu zacząć TO robić. To o czym myślisz, skupić się na tym i nie myśleć o cyferkach. Czy satysfakcja zrealizowania własnego projektu (czymkolwiek by nie był) nie jest wystarczającą satysfakcją? Nawet jeśli nie wyszło perfekcyjnie, w obecnych czasach warto pokazać to ludziom. Doszkalać. Zbierać opinie. Poznawać ludzi, którzy robią coś podobnego. Inspirować się nimi i inspirować innych.

Rozpisałam się, a miało być o Humans of New York. Choć ta inicjatywa jest tylko pretekstem do głębszych rozważań. Osobiście wpadłam na tę stronę na Facebooku (link). Jednak inicjatywa powstała od strony www i doczekała się nawet drukowanej publikacji w postaci książki (do kupienia tutaj). Krótko mówiąc uważam, że Brandon wykonuje kawał wspaniałej roboty. Wolę załączyć jego stronę, poczytać inspirujące historie zwykłych ludzi, których mijamy (mijałabym, gdybym mieszkała w NY). Lepsze niż Pudel ;) A na pewno więcej z tego wyniesiecie.

Inne miasta również doczekały się swojego ‚Humans of’. I tak na Facebooku pooglądać możemy Humans of Paris, Humans of Rome, Humans of India, Humans of Amsterdam, Humans of London (szkoda, że tak słabo aktualizowane, w porównaniu do Humans of NY, który ma kilka postów dziennie, Humans of London to martwy profil). Nie mogę doczekać się krakowskiego odpowiednika (wymowna aluzja do Mad, just do it bejb!).

Ponieważ wpisów na Humand of NY jest tak wiele, że postanowiłam wybrać najciekawsze (subiektywnie) tylko z tego roku (styczeń/luty). Z polskim tłumaczeniem. Kto nie widział, nie wie, nie zna, niech czyta i dzieli się przemyśleniami :)

Miłego tygodnia Humans of wherever you are.

para

"On zawsze robi 'małe rzeczy (red. sprawia małe przyjemności)."
"Na przykład jakie?"
"Usłyszał jak mówiłam, że chcę sprawdzić ten sklep z antykami. 
Na Walentynki, poszedł tam i znalazł kolekcję starych pocztówek vintage. 
Znalazł jedną z 1920 roku, która akurat miała ręcznie napisane 
życzenia walentynkowe. 
I kupił ją dla mnie."
"He's always doing small things."
"What's an example of a small thing?"
"He heard me say that I wanted to check out this antique store. 
So for Valentine's Day, he went there and 
found out that they had a collection of old,vintage postcards. 
He discovered one from 
the 1920's that actually had a handwritten 
Valentine's Day note. And he got it for me."

man

"Moja żona opuściła mnie i wyjechała do Georgii"
"Dlaczego to zrobiła?"
"Po prostu oddaliliśmy się od siebie. Mogę polecić zawieranie małżeństwa 
tak późno, jak tylko możecie. 
Wzięliśmy ślub ponieważ mieliśmy dziecko. 
Wtedy oboje bardzo się zmieniliśmy, gdyż każde z nas musiało się jeszcze 
rozwinąć. 
Powinieneś dać sobie wiele czasu by się rozwijać, by dojrzeć 
[dosłownie: by 'wzrosnąć'] przed zawarciem związku 
małżeńskiego". 

***
"My wife left me and went to Georgia."  
"Why'd she leave you?"  
"We'd just grown apart. 
I'd recommend getting married as late as you can. 
We got married because we had a baby. 
Then we both changed a lot, because both of us still had a 
lot of growing left to do. You should give yourself plenty of time to grow
 before getting married."

cancer

"Miał raka sześć razy. Pokonał raka sześć razy."
"Had cancer six times. Beat cancer six times."

enjoy

"Nigdy nie traktowałem tego jako pisanie scenariuszy. 
Próbowałem robić to co kochałem i nie udało się. Ale najważniejszą rzeczą 
jest to, że odnalazłem powody do lubienia każdej pracy, 
którą wykonywałem od tamtej pory. 
Mój przyjaciel popełnił niedawno samobójstwo. Rozciął sobie żyły w wannie.
 Wiesz co mi raz powiedział? 
Rzekł: 'Zazdroszczę ci bo potrafisz znaleźć powód 
by cieszyć się każdą wybraną przez siebie czynnością.'"
"I never made it as a screenwriter. 
I tried to do what I loved 
and I failed. 
But the important thing is, 
I've found reasons to like every job I've done since then. 
I had a friend who committed suicide recently. 
He opened up 
his wrists in a bathtub. 
You know what he said to me once? 
He said: 'I'm jealous of you because 
you can find a reason 
to enjoy anything you choose to do."

girl

"Próbuję dowiedzieć się czym są moje marzenia."
"I'm trying to figure out what my dreams are."

bab

"Mam około osiemdziesiąt lat. Nie mam zamiaru mówić ile dokładnie mam lat, 
bo moi znajomi mogą to zobaczyć. 
Ale ważną rzeczą jest to, aby się ruszać! 
Właśnie wracam z Carnegie Hall (red. miejsce koncertowo-eventowe), 
wczoraj przepłynęłam ćwierć mili. 
Ale to jest nic. 
Dwa lata temu byłam w Syrri gdy Egipt był wysadzany w powietrze."
"I'm around eighty years old. I'm not going to say 
exactly how old because my friends 
might see this. But the important thing 
is to keep moving! I just got back from 
Carnegie Hall, and yesterday I swam a quarter 
mile. But that's nothing. Two years ago I was in 
Syria when Egypt blew up."

universe

"Bez względu na to co sądzisz o religii, zapewnia to przestrzeń 
do refleksji nad tym, jak mali jesteśmy. 
Obecnie ta religia jest coraz bardziej wycofywana 
ze społeczeństwo, 
ludzie muszą wziąć na siebie kwestię 
refleksji nad miejscem ludzkości we wszechświecie. 
Nawet jeśli to oznacza tylko 'odzoomowanie' (oddalanie) 
na Google Maps, dopóki stajesz się coraz mniejszy,
 i mniejszy, i mniejszy..."
"Regardless of what you think about religion,
 it provides a space for people to reflect 
on how small we are. Now that religion is being 
increasingly phased out of society, people have to 
take it upon themselves to reflect on humanity's 
place in the universe. Even if that just means zooming 
out on Google Maps, until you get smaller, 
and smaller, and smaller."

guy


"Uciekłem do Kalifornii na tydzień bez mówienia nikomu. 
Chciałem oczyścić się ze wszystkiego, 
by zobaczyć czy mogę przepracować pewne rzeczy 
w swojej głowie. Ale to stworzyło jeszcze więcej 
problemów. Nauczyłem się, że nie działa 
to w ten sposób."
"Co masz na myśli?"
"To, że jeśli nie jesteś w stanie rozwiązać 
swoich problemów w obecnych okolicznościach, 
prawdopodobnie ucieczka ci w tym nie pomoże."

"I ran away to California for a week without 
telling anyone. I wanted to remove myself 
from everything, to see if I could work out some
 things in my head. But it actually created more problems. 
I learned it doesn't really work that way."
 "How do you mean?"
 "Just that if you can't figure out your problems
 in your present circumstances, you're 
probably not going to figure them out by 
running away from them."

man

"Staram się sprawiać, by miłość w mojej rodzinie ciągnie trwała."
"W jaki sposób?"
"Miłość jest kruchą rzeczą. Rozpłynie się, więc musisz odtwarzać ją 
każdego dnia. Codziennie musisz dawać powody swojej kobiecie by cię 
kochała."


"I'm trying to keep the love going in my family."

"How do you keep love going?"
 "Love is a fragile thing. 
It will dissolve, 
so you have to recreate it everyday. 
Everyday you have to give your woman a new 
reason to love you."
"Kiedy umierał, powiedziałam: 'Moe, jak mam żyć bez ciebie?' Odpowiedział:
 'Weź tą miłość, którą czujesz do mnie i roztaczaj dookoła."
"Nie było go przez cztery lata podczas wojny. 
Kiedy pisał do mnie listy, nigdy nie pozwalano 
mu mówić mu gdzie był. Więc rysował ilustracje,
 które pomagały mi się domyślać."
"When he was dying, I said: 'Moe, how am I going 
to live without you?' He answered: 'Take the love 
you have for me, and spread it around."
"He was away for almost four years during the war. 
When he wrote me letters, he was never allowed to 
tell me where he was. So he'd draw cartoons to
 help me guess."

ny

"Jestem aktorem."
"Jak bycie aktorem różniło się od twoich 
pierwszych oczekiwań?"
"Myślę, że każdy decyduje o zostaniu aktorem z miłości. 
Ale gdy to staje się twoją pracą, chodzi o 
dostosowanie się, bo nagle stajesz do rywalizacji o
 utrzymanie z innymi. Niektórzy ludzie nie potrafią 
'tego udźwignąć. Miałem dość szczęścia, 
by mieć pracę przez całe życie. 
Ale widziałem mnóstwo utalentowanych ludzi, 
którzy nie mieli tyle szczęścia."
"Więc co różni cię od utalentowanych, którzy nie
 byli w stanie znaleźć pracy?"
"Zawsze byłem bardzo zmotywowany 
(red. dosłownie 'napędzony'). 
Widziałem porażki wielu zdolnych ludzi, 
bo oni nie byli zmotywowani, by osiągnąć sukces. 
W szkole byli w stanie wygrać rolę ze względu 
na swój talent. Ale osiągasz moment, 
w których talent sam w sobie nie wystarcza do rywalizacji. 
Ponieważ w miarę postępów, 
jesteś w stanie działać przeciwko ludziom, którzy są zarówno uzdolnieni, 
jak i zmotywowani".

"I'm an actor."
 "How has being an actor differed from your 
initial expectations?"
 "Well, I think everyone decides to become 
an actor from a place of love. 
But when it becomes your job, there's an adjustment, 
because suddenly you are in competition
 with other people for your livelihood. 
And some people can't handle it.
 I've been lucky enough to find work my entire life.
 But I've seen a lot of talented people who weren't so lucky."
 "So what separates you from the talented people who weren't able to find work?"
 "I've always been very driven. 
I've seen many talented people fail because they aren't driven. In school, 
they were able to win roles because of their talent.
 But you reach a point where talent isn't enough to compete.
 Because as you progress, 
you're eventually going to run up against people who are both talented and driven."

Więcej o pracy Brandona:

Humans of New York from Facebook Stories on Vimeo.

Aga

Pewnym przywilejem wynikającym z pracy w firmie technologicznej/interaktywnej jest możliwość przetestowania na własnej skórze różnorakich ‚cudów’ technologicznych. I tak miałam okazję już hasać w kostiumie motion capture wysadzonym czujnikami ruchu, przyglądać się od kuchni pracy dooobrej kamery Red Epic, Microsoft Kinect Surface, produkcji gier i różnym urządzeniom przeznaczonym do ich obsługi itd… Ale to, co ostatnio miałam okazję wypróbować na własnej skórze skłoniło mnie do głębszych i wieloaspektowych refleksji. Wpadł do biura kolega z rozjuszeniem sześcioletniego chłopca i oczami jak pięciozłotówki. Chodźcie przejechać się na roller coaster!! – rzekł. Say whaaaat? – pomyślałam, ale zanim zdążyłam ruszyć półkulami mózgowymi opracowując teorię spiskową, okazało się, że chodzi o okulary do poszerzonej rzeczywistości (augmented reality) Oculus. Jak się zapewne domyślacie – nie mogłam nie skorzystać z takiej okazji. Poszłam.

Posadzono mnie na krześle, założono okulary (takie), słuchawki na uszy, no i się zaczęło. Jak wygląda taki proces i widok osoby, która jest poddana temu doświadczeniu, możecie prześledzić na filmiku poniżej.

Oczywiście mając słuchawki na uszach, nie słyszę nic, poza tym co dzieje się w ‚wirtualnym świecie’ tzn. ruch wagonu, odgłosy otoczenia. Mogę obracać głową i podziwiać to, co jest za mną, wokoło. Nie mówiąc o widokach z góry rollercoastera… Natomiast osoby będące ze mną w pomieszczeniu, ale nie mające tego ustrojstwa na sobie oglądają na ekranie monitora dokładnie to co ja widzę (i gdzie patrzę) w widoku 2d. No i oczywiście słyszą moje durne komentarze (powstrzymywałam się od przekleństw, które zapewne padałaby na prawdziwym rollercoaster ;)).

Co się ze mną działo? Na wstępie muszę zaznaczyć, że grafika nie powalała. Gdyby zastosowano grafikę a’la GTA V, wrażenia byłyby nieporównywalne. Jednak wiem, że to kwestia czasu. Jednak podczas ‚przejazdu’ wzrasta tętno, błędnik szaleje. Serce bije jak podczas prawdziwej rundki na rollercoaster. I wiecie co? Po tej przejażdżce czułam jak uszło ze mnie powietrze, opadło napięcie. Doznałam sporej dawki adrenaliny, mimo świadomości, że to nie prawdziwy przejazd. Mój organizm został oszukany i wracając do swojego biurka czułam się na prawdę nieźle. Pomyślałam nawet, że to powinien być obowiązdkowy punkt programu podczas 8godzinnej pracy każdego korporoba ;) Ale po jakimś czasie…

Zaczęłam myśleć o zastosowaniach. Pomijając wszystkie błogosławione rozwiązania, o których możecie poczytać (medycyna, edukacja…), nie oszukujmy się, wirtualna rzeczywistość już zaczyna być i będzie stosowana w dużej mierze do gier i filmów. Skoro nasz organizm potrafi poczuć za pomocą małego urządzenia dokładnie to, co podczas prawdziwego doświadczenia, czy nie zacznie się to zacierać? Być może zjazd na rollercoaster będzie kiedyś ekskluzywną ekstrawagancją, bo po co, skoro można zrobić to bez wychodzenia z domu? Ba, nawet bez wychodzenia z fotela!

Może nieco katastroficznie i na wyrost, ale wyobrażam sobie też kolejne pokolenia niewychodzącychzdomu, którzy wszystko mogą przeżyć z perspektywy siedzenia przez monitorem. Oczywiście, większośc z nas teraz pomyśli że to jednak nie to samo. Ja też tak myślę. Ale nie jestem pewna co będą myśleli ludzie za xx lat i to mnie trochę przeraża. Sama jestem zwolenniczką rozwoju technologii, ale szczerze mówiąc ostatnio coraz częściej widzę tę ponurą stronę. Czuję też, że mój umysł jest tym wszystkim przeciążony. Ciągłe bycie online, ciągłe podpięcie do kabli (komputery, sieci, ładowarki), nawał informacji, za których czytaniem nie nadążamy (i bach, jeszcze jedna ode mnie pod postacią tego posta…wiem,wiem…). Nie potrafimy się już bez tego obyć. I w pracy i w domu. Niby jesteśmy coraz bardziej rozwiniętym społeczeństwem, ale im bardziej zaawansowani technologicznie jesteśmy, tym mam wrażenie, że to coraz bardziej nas ogłupia (jako społeczeństwo), ale o tym napiszę innym razem.

W tym miejscu miały być 2 video (jedno możecie zobaczyć poniżej), lecz jedno z nich – ciekawa animacja, która kiedyś wpadła mi w ręce, jak na złość gdzieś schowała się w czeluściach Internetu i nie mogę się do niej dogrzebać. Postaram się odkopać ją i przy kolejnych rozważaniach podzielę się nią z Wami bo na prawdę daje do myślenia. Tymczasem… Enjoy and think about it.

Dobranoc.

Aga

Gdy byłam małym dzieckiem nigdy nie pojmowałam powiedzenia „z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach”. Nie wiedziałam o co im chodzi. Im – czyli dorosłym, którzy zwykli tak mawiać. Teraz, gdy dorosłam, niestety już wiem.

Ścieżki rodzinne lubią się komplikować. Szczerze zazdroszczę rodzinom, które licznie biesiadują z byle okazji, odwiedzają się bez zapowiedzi, nie obrabiają sobie tyłków za plecami z byle powodu i nie przestają ze sobą rozmawiać z  powodu kilku metrów kwadratowych działki/mieszkania/domu. Z biegiem lat więzi rodzinne bardzo często samoistnie lub z pomocą członków rozchodzą się. Zostają te najbliższe i najbardziej biologiczne. Nie chcę generalizować, ale nie oszukujmy się, w większości przypadków tak właśnie jest. Jeśli w rodzinie są dzieci, liczba wujków, cioć, kuzynostwa, które chce popatrzeć na małe niczego jeszcze nieświadome ślipia się zwiększa. Ale niech no tylko z gniazda rodzinnego wybędą pociechy, liczba więzów rodzinnych radykalnie spada.

Jakiś czas temu zagaiłam do jednego osobnika z dość bliskiej zresztą rodziny, z którym kontakt pod wpływem różnych dziwnych rodzinnych zawirowań umarł. Zresztą nie tylko rodzinnych – znamy tę historię: wkracza przyszła żona i separuje osobnika od reszty rodziny. Klasyk godny pożałowania. Do tego dochodzą jeszcze inne rodzinne spiny i z tą częścią rodziny możemy się pożegnać. Wracając jednak do wątku – jako, że współczesne formy komunikacji pozwalają na łatwiejsze przełamanie lodów, postanowiłam wyciągnąć rękę. Dodałam jeszcze, że właściwie żałuję, że tak wszystko się potoczyło i że kontakty rodzinne sprowadzają się do prozaicznego „- co słychać? – Dziękuję, u nas dobrze, pozdrawiamy.” raz na kilka lat, podczas gdy nie dalej jak 10-15 lat temu hasaliśmy beztrosko po babcinym podwórzu deklarując sobie wieczną przyjaźń. W odpowiedzi otrzymałam patetyczne oznajmienie, że tak to już bywa, że „wiatr życia porwie nas w różne strony, każdy ciągnie w swoje przeznaczenie, ale i tak wszyscy spotkamy się finalnie w jednym miejscu”. Pierwsza moja myśl: Seriously?! Nie próbowałam dyskutować, bo wiem, że to bezsensowne. Minęło wiele lat i każde z nas jest już inną osobą. Odpuszczam. Ale osobiście, nie godzę się na takie poddawanie się losowi. Nie wierzę w to, że nie mamy żadnego wpływu na nasze życie i wszystko co się dzieje to zapisane w gwiazdach zdarzenia, prowadzące nas w to samo miejsce. Mamy serię wyborów w danej sytuacji kreując swoją rzeczywistość w czasoprzestrzeni. Sami kreujemy te wybory. To tylko ode mnie zależy, czy za tydzień nie wsiądę w samolot do niego i nie polecę go opieprzyć, że nie zna życia [no dobra, tego bym nie zrobiła, ale mam taką możliwość, prawda?]. Tak samo ode mnie zależy jak będą wyglądały moje relacje z bliskimi, z rodziną. Oczywiście są serie zdarzeń, przeszkód, które sprawiają, że ciężko jest wykrztusić z siebie miłe słowa do drugiego człowieka, są sytuacje, które dzieją się poza naszą wolą, niezależnie od nas. Ale jednak – to, co z tym zrobimy zależy od nas. I od osób wokół.

Sądzę, że stwierdzenie „tak chciał los, tak nas powiało przeznaczenie” jest po prostu bzdurne. Wynika z lenistwa. Bo owszem, pewne sytuacje dzieją się poza nami, poza naszą wolą. Ale cała rzeczywistość to jeden wielki łańcuch akcji-reakcji. I ty możesz reagować. To, czy weźmiesz teraz do ręki słuchawkę telefonu i wykręcisz numer osoby, z którą nie rozmawiałeś od lat z powodu jakiegoś bzdurnego incydentu z przeszłości, zależy tylko i wyłącznie od Ciebie.

Aga

…i poszukaj inspirujących ludzi wokół. Zarażanie innych pozytywną energią. Podobno, gdy otaczamy się takimi ludźmi, sami mamy więcej chęci i energii do działania. Powinno być czymś naturalnym, że jeżeli czegoś głęboko pragniemy to dążymy do tego i prędzej czy później to osiągamy, a jednak pod szyldem niespotykanego sukcesu wciąż mówi się o ludziach, którym coś się udało, coś osiągnęli, rozwijają się ‚na swoim’, ich praca jest jednocześnie głęboką pasją itp. A jeśli spróbujemy pomyśleć o tym zdroworozsądkowo – czy nie powinno to być czymś naturalnym?

Często narzekamy, że nasze życie jest do kitu, że nie lubimy swojej pracy, tkwiąc w niej od x lat, nie znosimy tego jak traktuje nas rodzina, pracodawca, mamy marzenia, ale nie wiemy jak zabrać się za ich realizację. Bo przecież pieniądze, kredyt, dziecko, chora ciocia. Wymówki mnożą się jak grzyby po deszczu i w rezultacie na narzekaniu się kończy. Jednak są ludzie, których przykłady pokazują (i których powinno być zdecydowanie więcej!), że jeśli się chce to się po prostu da.

Można spodziewać się na tym blogu nowego cyklu wpisów – rozmów, odpowiedzi ludzi, którzy pod jakimś względem nas inspirują. Na jego wywiady natknęłam się już stosunkowo dawno – szukając wywiadu z jedną ze znanych postaci (bardzo prawdopodobne, że to była Hanna Bakuła, polecam gorąco ten wywiad :) ). Obejrzałam kolejny i kolejny przekonując się o formule programu: wywiady ze znanymi ludźmi prowadzone w kameralnej 20m2 kawalerce. This is good! Czemu nikt wcześniej na to nie wpadł? Może dlatego, że takie pomysły potrzebują odpowiednich ludzi. Jak wszystkie zresztą – każdy wymaga określonych cech u człowieka, by został zrealizowany (z powodzeniem). Dlatego właśnie sami powinniśmy szukać, drążyć i wsłuchiwać się w siebie, żeby znaleźć odpowiednią swoją przestrzeń.

O formule programu, pomyśle opowiada Łukasz Jakóbiak – twórca i realizator programu:

Historia Łukasza od samego początku brzmi ciekawie, i tym, co trzeba mu przyznać, to że uparcie od początku dążył do celu – chciał pracować w telewizji. Telewizja go nie chciała. Powiesił swoje CV w ogromnym formacie billboardu na przeciwko budynku firmy, do której aspirował. Poruszyło machiną, ale to jeszcze nie było to. Później powstał pomysł na program na Youtube. Strzał w dziesiątkę. Telewizja nie chciała jego więc założył swój talk-show. Tyle, że w Internecie. A że sieć rządzi się swoimi prawami i pod wieloma względami przeważa nad telewizją…

Niedawno natknęłam się na wykład motywacyjny prowadzony przez Łukasza. Właściwie zamierzałam o jego pomyśle (i osobie) napisać już jakiś czas temu, ale po tym wykładzie nie czekałam 5 minut. Obejrzyjcie sami.

Również wyznaję zasadę, że jeśli się tylko chce coś bardzo osiągnąć, trzeba bardzo do tego dążyć, a się uda. Ale ponieważ ja jestem dopiero w fazie krystalizowania celów, a Łukasz ten etap (i kilka innych) ma już za sobą, nie omieszkałam spytać go o parę kwestii :)

Agnieszka: Według Ciebie nie ma rzeczy niemożliwych?

Łukasz Jakóbiak: Tak, ale mam na myśli te rzeczy, które z pozoru wydają się niemożliwe. Ograniczenia są w naszej głowie.

A: Jesteś chodzącym przykładem tego, że jeśli nie chcą Cię wpuścić drzwiami wejdziesz oknem ;) Czy według Ciebie ta recepta zawsze ma zastosowanie?

Ł: Trzeba mieć wyczucie, rozum, którym warto się kierować. Wszystko w granicach rozsądku.

A: Tony Gaskins powiedział, że jeśli nie realizujesz własnych marzeń, ktoś zatrudni Cię do spełniania własnych („If you don’t build your dreams, someone will hire you to help build theirs.”). Zgadzasz się z tym?

Ł: Oczywiście. Piękne słowa, ale z drugiej strony co by było, gdyby nagle wszyscy chcieli realizować swoje marzenia?

A: Skąd wziął się pomysł na 20 metrów kwadratowych Łukasza?:) Znam genezę pomysłu – chciałeś pracować w telewizji, telewizja nie chciała Ciebie, więc powstała alternatywa (w której notabene jesteś pionierem). Ktoś pomagał Ci doszlifować pomysł? (na formułę programu itp.)

Ł: Leżałem na materacu, krok po kroku, nitka po nitce. Rozwiązując problemu powstało 20m2. Brak kamer, użyję smartfonów, obecnie nagrywam 3 telefonami Sony Xperia Z, a jakość jest telewizyjna, brak studia, kawalerka, itd. Sam to wymyśliłem. U mnie musi być mało standardowo.

A: I skąd pomysł na 20 wykładów Łukasza? Ktoś na podstawie Twoich upartych dążeń do celów dostrzegł w Tobie dobry materiał na coucha ?:)

Ł: Nie zabrzmi to skromnie, ale sam to dostrzegłem. Zostałem zaproszony na UJ aby opowiedzieć o 20m2 Łukasza. Spotkanie to zakończyło się dużym aplauzem i opiniami, że dodało chęci do życia.

A: Doskonale wiedziałeś, jaki jest Twój cel – pracować w telewizji. W grę wchodziło „już tylko” dobranie odpowiednich środków do osiągnięcia tego celu. Co poradziłbyś ludziom, którzy poszukują tego swojego celu, wiedzą, że tkwią w sytuacji zawodowej niebędącej ich spełnieniem marzeń, dążą do czegoś innego, ale mają problemy ze zdefiniowaniem tego celu?

Ł: Muszą próbować różnych zajęć, aż będą wiedzieli co ich pociąga. Powinni sobie odpowiedzieć na pytanie przy którym z zajęć odpoczywają, a nie pracują. Zamieńmy hobby w pracę 

A; (W odniesieniu do powyższego) Czy według Ciebie są pewne granice, kiedy trzeba odpuścić i spróbować czegoś innego? Kiedy jest (i czy jest) moment, kiedy mówisz „ok, nie wyszło, może faktycznie to nie jest dla mnie”?

Ł: Oczywiście, że są granice, ale je bez problemu wyczuwa się w chwili dojrzewania. Musimy stąpać mocno po ziemi.

A: Wyznaczanie sobie kolejnych celów to Twój sposób na życie? Co roku robisz postanowienia, to skrupulatne plany czy raczej sugerujesz się spontanicznymi impulsami i decyzjami?

Ł: Zauważyłem, że raz w roku wpadam na ciekawy, z mojego punktu widzenia, projekt. Staram się nie gnać, czekam na niego, ale nie ukrywam, że czasem chęć jest szybsza niż ten moment.

A: Jak rodzina reaguje na Twój sposób pracy? W Polsce zwłaszcza starsze pokolenia (np. rodzice, dziadkowie) przyzwyczajeni są do trzymania tzw. „ciepłej posadki”. Nie mówią Ci „Łukasz, daj spokój, znajdź sobie normalną pracę”?:)

Ł: Oczywiście, że nie! Nie mają z tym problemu. Każdemu życzę aby robił to co kocha i mógł się z tego utrzymywać.

A: Kim są Twoje autorytety? Czy są ludzie, na których się wzorujesz, którzy są dla Ciebie przykładem i których bezwzględnie podziwiasz?

Ł: Jestem przerażony tym, że w aktualnym świecie autorytety przestają istnieć. To nie prowadzi do dobrej sytuacji. Dla mnie autorytetem są zasady współżycia z ludźmi.

A: Liderzy, mówcy, guru motywacyjni bardzo często powtarzają, że receptą na sukces jest uczynienie z pasji pracy, by zapomnieć na chwilę o zarabianiu pieniędzy, ale w pełni zaangażować sie w pasje, a pieniądze przyjdą same. Zgodzisz się z tym? Czy szczęściu i pasji jednak trzeba pomóc jeszcze inaczej?

Ł: Tak jak już powiedziałem, zgadzam się w 100%. Nie zmienia to faktu, że szczęściu trzeba pomagać.

A: Jak myślisz dlaczego ludzie często narzekają, że jest im źle, chcą coś zmienić i często na tym się kończy? Boją się wyjść ze swojej strefy komfortu, czy to coś innego?

Ł: Strefa komfortu. Dokładnie tak. Proponuję wszystkim mającym z tym problem aby wstawali 30min wcześniej przez miesiąc.

A: Czy spotkanie ze sławnymi osobami poza studiem, w kameralnej kawalerce bardziej je „uczłowiecza”? Przez to, że występują w mediach często wydają się pewnego rodzaju niedostępnymi ‚posagami’.

Ł: One są ludźmi. My sami robimy z nich posągi.

A: Kto z Twoich gości okazał sie największym zaskoczeniem?

Ł: Bardzo zaskoczyła mnie Krystyna Kofta swoimi odważnymi wypowiedziami. Media rozpisywały się, że powstaje nowa Maria Czubaszek.

[dopisek Agn.: odcinek z Krystyną Koftą można obejrzeć tutaj.]

A: Co byś zmienił w Polakach (wiem, że czasem zadajesz to pytanie gościom, ale nie mogę sama nie spytać)?

Ł: Chciałbym aby każdy zajmował się swoim życiem. Chciałbym aby ludzie nie oceniali innych po jednym incydencie. Każdy ma prawo się gorzej poczuć, być w gorszej formie. Chciałbym aby ludzie rozmawiali, zadawali pytania, a nie atakowali.

A: Zdarza lub zdarzało Ci się budzić rano i myśleć, że to wszystko może nie ma sensu, że chcesz robić coś innego? Jaką masz metodę na ‚automotywację’ w słabszych chwilach?

Ł: Już nie zdarza. Kiedyś zdarzało. Wyobrażam sobie efekt końcowy. Staram się poczuć to co wówczas będę czuł. Wówczas wiem po co to robię.

A: Co robi Łukasz Jakóbiak, gdy nie kręci programu, nie udziela wykładów, wywiadów i nie wysyła maili do potencjalnych gości?:)

Ł: Lata na flyboardzie, chodzi na siłownie, spotyka się z przyjaciółmi, podróżuje, kocha Ibizę. W tym roku odwiedzę ją po raz drugi.

A: Kierujesz się w życiu jakimś mottem?

Ł: Nie ma rzeczy niemożliwych oprócz trzaśnięcia drzwiami obrotowymi

A: Gdzie widzisz siebie za 10 lat? Co chciałbyś robić dalej?

Ł: Robiącego tylko rzeczy, które lubię. W mieszkaniu na wysokim piętrze. Duża, otwarta przestrzeń…

Kiedy jedziesz do Włoch, oczekujesz, że po długiej podróży i zmaganiach w słońcu zasiądziesz wieczorem w knajpce przy jednej z wąskich uliczek i spróbujesz wspaniałych włoskich rozpływających się w ustach popisów kulinarnych, popijając je świeżym, zimnym i lekko musującym winem. Niestety, czasami czar pryska w momencie, gdy jedzenie ląduje na naszym stole (czasem nawet wcześniej). Nawet we Włoszech!

Jak Kasia wspomniała w poprzednim wpisie, ostatnio zrobiłyśmy sobie wspólny przedłużony weekend w Rzymie. To nasza kolejna wizyta we Włoszech, jako, że mamy sentyment do tego kraju i jego różnorodnych regionów oraz wspólnej dla każdego z nich atmosfery :) Ci, którzy ten sentyment podzielają, wiedzą o czym piszę.

Kasia leciała z Londynu, a ja z Krakowa, spotkałyśmy się na miejscu – na lotnisku w Rzymie Ciampino. Szybko odnalazłyśmy odpowiedni transport do miejsca, w którym zaplanowałyśmy nocleg, niemal w samym centrum Rzymu (lecz w mało turystycznej dzielnicy) Monti.

Na miejscu byłyśmy po godzinie 20, więc oczywiście byłyśmy zgodne co do planu początkowej eksploracji – zostawiamy rzeczy w hotelu, idziemy na spacer po najbliższej okolicy w poszukiwaniu po drodze miejsca dobrego na naszą pierwszą od dawna włoską kolację :)

Po jakimś czasie nogi same poniosły nas w kierunku słynnej fontanny w artystycznym Monti -Piazza Madonna ai Monti (świetne zdjęcia z tej okolicy możecie obejrzeć, np. tutaj), które jest lokalnym miejscem spotkań (zwłaszcza wieczornych). Gdy tam przyszłyśmy, od razu wiedziałyśmy, że to TU. Przy samym placu są 3 restauracje. Tego wieczora, zdecydowałyśmy się (ze względu na niecierpliwość i chęć szybkiego zasmakowania włoskich pyszności) na kolację w jednej z nich, właściwie najbardziej zatłoczonej, co miało było dla nas zwiastunem dobrego jedzenia.

DSC_4822

jedna z 'nietypowych' restauracji w Monti w Rzymie

jedna z ‚nietypowych’ restauracji w Monti w Rzymie

Fontanna w dzielnicy Monti

Fontanna w dzielnicy Monti

Podsumowując, te niecałe 4 dni cały nam świetną lekcję selekcji włoskich restauracji/knajpek z jedzeniem.

Na 5 podejść do różnych restauracji, zaliczyłyśmy 4 zjedzone potrawy (z jednego miejsca ewakuowałyśmy się jeszcze zanim podano nam jedzenie i w ogóle porządnie obsłużono), z czego 2 były na prawdę udane (w szczególności jedna), 1 (pierwszego wieczora) w miarę przyzwoita, a 1 to totalna klapa.

Jeśli jesteś we Włoszech i trafisz na niedobre jedzenie, Twój nastrój spada o kilka kresek w dół (zwłaszcza jeśli jesteś takim smakoszem jak my, a jedzenie podczas podróży traktujesz jako część rytuału).

A więc, szlakiem naszych kulinarnych rzymskich potraw:

1 wieczór : zatłoczona knajpka przy fontannie na Piazza Madonna ai Monti, z siedzeniami na zewnątrz. Dobre jedzenie, lecz małe porcje.

DSC_4796

2 wieczór: Trastevere i 2 podejścia. Pierwsze z nich, w knajpce wyglądającej na bardzo przyjemną, dość zatłoczoną (ale przecież jeśli jest dużo ludzi, to przynajmniej teoretycznie spodziewamy się dobrego jedzenia, prawda?). Na zewnątrz uwidocznione było pokaźne menu, gdy tylko podeszłyśmy do niego popatrzeć, na co ewentualnie można by się skusić, przypałętał się do nas restauracyjny ‚naganiacz’, który obskakiwał nas dookoła, namawiając do wejścia. Co drugie jego słowo wplatał  ‚beautiful girls!’ i kalecząc język próbował wydukać z siebie kilka polskich słów, których nauczył się zapewne od klientów. Jego zaloty raczej nas zniechęciły, ale postanowiłyśmy dać szansę temu miejscu, zwłaszcza, że wyglądało obiecująco. Długo sterczałyśmy przy stoliku, z burczącymi brzuchami, obserwując jak naganiacz przyciąga coraz więcej ludzi [znów Polaków! Sic!]. W końcu postanowiłyśmy się ewakuować. Nikt nie zauważył naszego odejścia.

Ucieczka okazała się zbawienna, gdyż natrafiłyśmy na cudowne miejsce w jednej z wąskich uliczek Travestere, w którym zjadłyśmy najlepszą kolację podczas całego naszego wyjazdu!

DSC_4800

DSC_4801

DSC_4803

3 wieczór: Cały dzień chodzenia, zwiedzania i popołudnie w nadmorskiej Ostii. Miałyśmy nadzieję na świeży kąsek ryby, lecz nie udało nam się znaleźć miejsca, które by nas uradowało, więc głodne i zmęczone wróciłyśmy późnym wieczorem do Rzymu, lądując na tym samym placu Montii, co podczas pierwszego wieczora. Nie wiem co nas podkusiło (głód zapewne), ale tym razem siadłyśmy na zewnątrz w jednej z trzech knajpek przy placu, przy którym było najmniej ludzi. Obrusy w kratę, zdjęcia potraw na szybie i migający neon „Bar” raczej nas odstręczał, ale postanowiłyśmy dać mu szansę. W końcu jest przy mega ruchliwym placu, przy którym spotykają się Włosi. A poza tym czasem takie niepozorne miejsca zaskakują pysznym jedzeniem! Niestety, nie tym razem. Kelnerka okazała się gburliwą jędzą, która chyba doskonale wiedziała, że pracuje w miejscu, w którym optymizm nie byłby fair wobec gości. Gdy siadałyśmy przy stoliku, w tym miejscu była jeszcze jedna para.

Po tym jak zasiadłyśmy, zaczęło przychodzić coraz więcej ludzi. Prawo przyciągania – jeśli widzisz pustą restaurację, nie chcesz tam wejść, ale im więcej ludzi, tym bardziej przekonany jesteś, by spróbować, sądzisz, że dużo gości to gwarancja smaku i jakości. Obie zamówiłyśmy standardowe spaghetti (pomodoro), przed podaniem którego dostałyśmy suchy chleb (łaaaat?). Zamówiłyśmy po lampce wina i już przeczuwałyśmy zbliżającą się katastrofę kulinarną.

Po jakimś czasie (zbyt krótkim, co nie jest dobrym zwiastunem w restauracjach) podano nam rozgotowane spaghetti pływające w czymś w rodzaju pomidorowej zupy. Klapa. Czegoś takiego bym się we Włoszech nie spodziewała, a jednak. Na dobitkę, po poproszeniu o rachunek gburliwa kelnerka wyrecytowała nam kwotę do zapłacenia, nie dając żadnego rachunku, nic. Żeby było tego mało, stała koło nas, czekając aż zapłacimy.

Złe, rozgoryczone i z podrażnionymi żołądkami opuściłyśmy miejsce, lecz by poprawić sobie nastrój, ostrzegłyśmy nowych gości, którzy rozważali właśnie zasiadanie do stolika w tym miejscu: Don’t eat here….  wyszeptałam do mężczyzny stojącego przed knajpką i rozkładającego wzrokiem menu na części pierwsze. Oh, don’t  eat here? powtórzył. Kasia dodała na dobitkę: This place is a nightmare!
Thank you! – 
wykrzyknęła uradowana kobieta, która była razem z nim. Dobry uczynek spełniony, rozgoryczenie lekko ugaszone.

Przez chwilę miałyśmy ochotę postać tam jeszcze chwilę i odstraszyć jeszcze paru klientów (w końcu to dzięki naszej obecności przysiadło się kilku nowych gości, których zresztą reakcje po spróbowaniu jedzenia miałyśmy okazję obserwować i było to coś w rodzaju grymasu po nieudanym seksie).

4 wieczór (a raczej popołudnie): Tego popołudnia miałyśmy lot powrotny, dlatego zależało nam by znaleźć miejsce z obiadem, który nasze kubki smakowe i żołądki zapamiętają dobrze. Upał nie odpuszczał, dlatego nie miałyśmy siły na długie szlajanie się po Rzymie, ale wyeksplorowałyśmy okolicę ponownie, włócząc się po uliczkach, których jeszcze nasze nogi nie niosły, popijając włoskie cappuccino, robiąc zdjęcia, jedząc lody. Na obiad obrałyśmy miejsce w okolicy naszego hotelu (znów Monti), które wyglądało bardzo niepozornie, lecz jedzenie okazało się bardzo dobre (i duuuże porcje).

***

Nie powiem, żeby nasze menu były jakoś szczególnie urozmaicone podczas pobytu, dominowały makarony (jego różne odmiany), ale popróbowanie włoskich sposobów przyrządzania makaronów to jednak też nie lada frajda.

OK, a więc wzbogacone wiedzą i pozytywnymi/negatywnymi doświadczeniami obrałyśmy parę zasad doboru miejsca na kolację:

1. Czy w restauracji są ludzie? Jeśli tak to zwróćcie uwagę czy są to turyści czy Włosi. Jeśli w miejscu gwarno jest od włoskich dyskusji, jest 99% szans, że miejsce to serwuje wyśmienite jedzenie. Włosi doskonale wiedzą, gdzie dobrze zjeść. Turyści niekoniecznie.

2. Zdjęcia potraw na drzwiach restauracji – to w większości przypadków zły zwiastun. Dobre jedzenie broni się samo.

3. Migające neony… omijajcie z daleka.

DSC_4915

DSC_4919

DSC_4759

DSC_4669

iced coffee

to dostaniesz, gdy w Rzymie poprosisz o „iced coffee” :) Spodziewałyśmy się wielkiego pucharu z kawą i lodami, tymczasem zimne słoedkie espresso z kostką lodu, podane w kieliszku. Orzeźwiające!

DSC_4629

Agnieszka

Temat ten chodzi za mną już od dłuższego czasu, ale z różnych powodów nie mogłam zabrać się za pisanie. Z racji wykonywanego zawodu i tematów, wśród których na co dzień przyszło mi się obracać (social media, marketing, public relations…) czytam dużo tematycznych portali, artykułów, gazet, blogów. Obserwuję, czasem komentuję, czasem siedzę cicho. Przeżywam, często się wkurzam się, czasem mam to gdzieś. Tematy doli i niedoli związanych z pracą w tej branży zapewne będę czasami poruszać, tym razem jednak chcę skupić się na jednym z obszarów – marketingu szeptanym. [to się teraz trochę powkurzam…]

Osoby, które pierwszy raz spotykają się z pojęciem marketingu szeptanego, odsyłam by pogrzebać tutaj. Jeśli miałabym podać definicję pojęcia – miałabym z tym spory problem. I właśnie o tym będzie ten wpis.

Weźmy prosty przykład z życia wzięty. Siedzimy u znajomych, którzy właśnie poczęstowali nas deserem ‚niebowgębie’. I co? Chcemy przepis, oczywiście, że chcemy przepis. Ktoś poleca nam więc coś, co jest sprawdzone i dobre. I tak to coś idzie dalej w świat – następnym razem w innym gronie to my błyśniemy kulinarnym talentem częstując swoich znajomych wypróbowanym nowym przepisem, a oni będą błagali nas o recepturę, którą przy odrobinie dobroci serca podamy. I tak dalej.

Bywa, że spotykam się w gronie babskim, rozmawiamy na przeróżne tematy. Bywa też, że dotykamy tematów typowo kobiecych – obgadując cudowne specyfiki, które pozwoliły nam stać się jeszcze piękniejszymi niż jesteśmy bez nich;) Dla potrzeb zobrazowania trochę spłaszczę – sprowadza się to do tego, że jeśli bliska znajoma sprawdzi jakiś produkt i poleci go drugiej – stawiam na 99%, że ta w ciągu najbliższych 7 dni poleci do sklepu i takowy zakupi, by przetestować go na swojej skórze/włosach/paznokciach/etc. I to dla mnie jest wiarygodny i w pełni zrozumiały marketing szeptany. Wypróbowałam coś, sprawdziło się, mogę polecić dalej. Nic z tego nie mam, poza satysfakcją z upiększenia przyjaciółki [:)] i spełnioną misją, że oto wieść o dobrym produkcie pójdzie w świat [przykład kosmetyków podany dla zobrazowania, tak na prawdę ująć tu można dosłownie wszystko od wyposażenia wnętrz, po sposób ćwiczeń, odżywiania się, modę, lifestyle, ostatnio obejrzane filmy czy przeczytane książki, w skrócie – wszystko to, co osoby zaufane o podobnych upodobaniach nam polecą i przekonają, że na prawdę warto po to sięgnąć].

Kiedy chcemy kupić nowy komputer, często sięgamy po jedną z kilku opcji. Jesli nie znamy się na tym sami na tyle, by zadecydować na jaki sprzęt warto wydać ciężko zarobione pieniądze, często sięgamy po opinię innych ludzi: 1) znajomego, o którym wiemy, że się na tym zna 2) opinie w Internecie/rankingi recenzje. Która z tych dwóch opcji jest dla Was bardziej wartościowa? Strzelam, że jednak pierwsza – opinia osoby, którą znacie i której wierzycie. I to dla mnie jest prawdziwa moc marketingu szeptanego. Wierzę komuś, bo sam to przetestował/bo zna się na tym i nikt mu za to co mówi nie zapłacił, by to mówił. Robi to pro bono, bo chce dla mnie jak najlepiej.

Swego czasu miałam okazję przyjrzeć się pracy pewnej agencji… hmmm „public relations”. Taką nazwę przyjęła, choć nie byłabym przekonana czy słusznie (mniejsza o to). Jednym z działań prowadzonych przez nią był właśnie marketing szeptany. Włos się na głowie jeży co się tam wyczyniało. I tu – w pojęciu marketingowym właśnie zaczyna się usługa zwana ‚marketingiem szeptanym’, czyli nic innego jak nawiązanie do opcji 2 w wyżej przeze mnie postawionym dylamacie odnośnie kupna komputera. Dla wszystkich, którzy podjęciem decyzji o zakupie sprawdzają opinie na forach – to nie jest drodzy Państwo do końca tak, że jak przeczytacie 10 opinii „oh ah”  na forum o jakimś produkcie, to on na prawdę jest  taki świetny – choć jest oczywiście taka szansa. Lecz szansa jest też na to, ze firma wykupiła ludzi, którzy te pozytywne opinie o nim piszą. Nie chcę tego oceniać, ale im bardziej z dystansu patrzę na to, gdzie to prowadzi, tym bardziej nie mogę się powstrzymać. Co innego „szeptać” na forach o zbliżającym się evencie/wystawie w danym mieście. Co innego pisać oficjalnie jako sklep o swoich produktach. Ale co innego jednak udawać szczęśliwych użytkowników wychwalających po niebiosa rzeczy, których nigdy na oczy nie widzieli. Nie mówiąc już o skrajnych przypadkach pozytywnych rekomendacji… leków lub lekarzy, a nawet chirurgów plastycznych [sic!], co też się o zgrozo zdarza.

Firmy takie istniały (wyrastając jak grzyby po deszczu zwłaszcza w czasie social media boom), istnieją i istnieć będą (z lepszymi lub gorszymi wynikami finansowymi), moim celem nie jest bynajmniej pogrążenie jakiejkolwiek z nich. Sądzę jednak, że prowadzi to do nikąd. Największą siłą jest marketing szeptany wypływający właśnie z ludzkiej natury kooperacji, relacji, przyjaźni. Jakkolwiek naiwnie to brzmi, sądzę, że jest prawdziwe. ŻADNA marka nie uzyska tak dobrych wyników sprzedażowych jakąkolwiek kampanią, jeśli nie zadba o jakość produktów. A to właśnie ona sprawia, że ludzie sami z siebie, bez potrzeby bycia opłacanym chcą rekomendować produkty swoim znajomym, rodzinie. Powrót do korzeni coraz częściej w modzie. I słusznie.

Agnieszka

Zdumiewają mnie ludzie, którzy od lat wczesnej młodości wiedzą co chcą robić w życiu i ich droga zawodowa to prosta linia zmierzająca do ściśle określonego celu. Ja – osoba cechująca się raczej życiowym niezdecydowaniem obrałam pewien kierunek, któremu poświęciłam lata swojej edukacji i pierwsze lata pracy, wciąż jednak nie będąc pewna, czy aby na pewno stąpam po gruncie mnie przeznaczonym. Dylematy zawodowe zaprzątają moją głowę w coraz bardziej nasilającym się stopniu już od dłuższego czasu. Rozdarcie wewnętrzne pragnące znaleźć spełnienie w dziedzinie, której będę pewna. Która będzie jednocześnie pasją, czymś m o i m.

Jest tyle różnych sposobów na życie, tyle interesujących dróg zawodowych, że ciężko mi osiąść w jednym miejscu. Ciągle mam ochotę próbować nowych rzeczy, sprawdzać się w nowych sytuacjach. Wierzę głęboko w to, że jeśli to co robimy zawodowo jest jednocześnie naszą pasją, jest to przepis na sukces i spełnienie. Tak też prawią niektórzy znawcy ds. tak zwanego rozwoju zawodowego, sukcesu, motywacji. Niektórzy z nich mówią, że jeśli chce się osiągnąć sukces, powinno się zacząć robić to, co się kocha, nie myśląc za wiele o tym, jak bardzo to będzie opłacalne, ile zysku przyniesie itp. Zaangażowanie, jakie wniesiemy w swoją pasję, prędzej czy później przyciągnie pieniądze. Myślę, że mają dużo racji, choć w wielkim uproszczeniu. W jednym z wykładów na temat rozwoju osobistego, który miałam okazję słuchać ktoś zapytał:
„Gdybyś zupełnie nie musiał myśleć o pieniądzach i mógł pozwolić sobie na robienie tego co chciałbyś najbardziej, tego co kochasz, co by to było?”

I to pytanie, a raczej próba odpowiedzi na nie chodzi mi po głowie od dłuższego czasu. I sprawia, że przewartościowuję sobie w głowie.

Spróbujcie przemyśleć swoją odpowiedź na to pytanie, zastanówcie się jak ta odpowiedź ma się do tego, co faktycznie robicie w życiu.

Agnieszka

Habibi Adventures

Adventurous life of an international family

creativita

żyj kreatywnie | pracuj online & podróżuj | rozwijaj swój biznes online

Sparc media

REKLAMA ONLINE, RTB, PROGRAMMATIC BUYING

aga moleda

sketchbook

kobieta pracująca

czyli życie codzienne kobiety torontońskiej na początku XXIw.

Freshome.com

Interior design ideas, home decorating photos and pictures, home design, and contemporary world architecture new for your inspiration.

Love in the City of Lights

memoirs, musings and travels of a hopeful romantic in Paris